"Od 12 lat jestem żoną cudownego faceta. Jest dobrym ojcem, partnerem i przyjacielem, ale jego chrapanie to coś, co doprowadza mnie na skraj wytrzymałości. Nie przesadzam – od lat praktycznie nie sypiam. A ostatnio, w akcie desperacji, zaczęłam spędzać noce w aucie, bo w domu nie jestem w stanie zmrużyć oka. Czy ktoś miał podobny problem? Bo ja nie wiem, co mam z tym dalej zrobić".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Na początku było "zabawnie"
Kiedy jeszcze się spotykaliśmy, to jego chrapanie wydawało mi się jedynie lekką niedogodnością. Wiesz, co mam na myśli – taki drobny mankament w morzu zalet. Mówiliśmy sobie:
Oj tam, nie jest aż tak źle!
Owszem, kiedy spałam u niego, czasem budziłam się w nocy, ale wtedy wystarczało, że go szturchnęłam, a on zmieniał pozycję i robiło się cicho. Myślałam, że tak będzie zawsze.
Po ślubie sytuacja stała się jednak o wiele poważniejsza. Jego chrapanie z "lekkiej niedogodności" przerodziło się w coś, co brzmi jak startujący odrzutowiec. Naprawdę, to jest taki dźwięk, że czasem mam wrażenie, że ściany w domu drżą. I to trwa całą noc – bez przerwy! Ani szturchanie, ani przekręcanie go na bok nie pomaga. On może sobie spać jak dziecko, a ja leżę z podkrążonymi oczami i słucham tego koncertu.
canva.com
Oddzielne sypialnie nie wystarczyły
Nie jestem osobą, która łatwo się poddaje, więc od razu zabrałam się za działanie. Kupiliśmy specjalne poduszki antypoleniowe, jakieś nakładki na nos, spraye do gardła i inne cuda z apteki. Nic nie zadziałało. Znajoma poradziła mi, żebyśmy wypróbowali specjalne plastry na nos – wydałam na nie małą fortunę, ale efektu zero. Byłam gotowa na wszystko, nawet na jakieś egzotyczne metody. W końcu trafiłam na artykuł o tym, że czasami pomaga zmiana diety, bo chrapanie może być związane z wagą lub stylem życia. No to zmieniliśmy jadłospis. On schudł kilka kilo, ale chrapanie wcale się nie zmniejszyło.
Na koniec przekonałam go, żeby poszedł do lekarza, bo już naprawdę nie miałam pomysłów. Okazało się, że ma krzywą przegrodę nosową i że operacja mogłaby pomóc, ale on nie chce się na nią zgodzić. Mówi, że to "niepotrzebne ryzyko" i że nie widzi problemu, skoro on sam się wysypia. No pewnie, że się wysypia – on śpi jak kamień, a ja wyglądam jak zombie!
Po kilku latach walki podjęliśmy decyzję, żeby spać osobno. On został w naszej sypialni, a ja przeniosłam się do małego pokoju gościnnego. Na początku to rzeczywiście pomogło – w końcu mogłam spać w ciszy. Niestety, tylko na chwilę. Chrapanie mojego męża jest tak głośne, że słyszę je przez ściany. Nawet zatyczki do uszu nie dają rady! Czasem mam wrażenie, że ten hałas odbija się echem w całym domu.
Kiedyś w środku nocy po prostu się spakowałam i pojechałam do hotelu. To była najspokojniejsza noc od dawna. Ale przecież nie mogę co noc wydawać pieniędzy na hotel – to by mnie zrujnowało! Szukałam więc innego rozwiązania. I wiecie, na co wpadłam? Zaczęłam spać w samochodzie.
canva.com
Samochód – moja sypialnia z przymusu
Może to brzmi absurdalnie, ale w aucie mam wreszcie ciszę. Po prostu parkuję pod domem, rozkładam fotel i jakoś udaje mi się przespać kilka godzin. Oczywiście nie jest to superkomfortowe, bo jest zimno, niewygodnie i czuję się jak bezdomna, ale przynajmniej mogę liczyć na chwilę spokoju.
Mój mąż uważa, że przesadzam i że problem jest tylko w mojej głowie. Ale jak mam to wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie miał kłopotów ze snem? Dla niego to normalne, że kładzie się do łóżka i od razu zasypia, a ja leżę w ciemności, liczę barany i czuję, jak narasta we mnie frustracja. Gdy próbuję z nim o tym rozmawiać, to tylko się śmieje albo zbywa mnie tekstami w stylu:
Kochanie, przecież to tylko chrapanie, daj spokój.
Naprawdę kocham mojego męża, ale czasem myślę, że ten problem nas kiedyś zniszczy. Ja już nie mam siły. Czuję się wykończona fizycznie i psychicznie. Nie wyobrażam sobie, żeby tak miało wyglądać całe moje życie. Z jednej strony wiem, że to nie jego wina, ale z drugiej... jak długo mam się poświęcać? Jak długo mam udawać, że wszystko jest w porządku?
Może ktoś z was miał podobny problem? Może znacie jakieś sposoby, o których jeszcze nie słyszałam? Bo na ten moment jestem gotowa na każdą sugestię. Proszę, pomóżcie, bo w przeciwnym razie prędzej zamieszkam w tym aucie na stałe, niż wytrzymam jeszcze jedną bezsenną noc w domu.
Renata