"To smutne, ale odkąd mój syn Łukasz założył własną rodzinę, nasze relacje jakby przestały się liczyć. Owszem, odwiedza mnie, ale za każdym razem mam wrażenie, że to ja muszę go "kupić". Nawet te wizyty wyglądają bardziej jak transakcja niż spotkanie matki z synem".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Prześlij swoją historię na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Łukasz kiedyś był inny
Pamiętam, że kiedy Łukasz był młodszy, mieliśmy naprawdę bliski kontakt. Zawsze powtarzałam mu, że najważniejsi są ludzie, a nie pieniądze. Zdawało się, że to rozumie. Był czuły, pomocny, miał dla mnie czas.
Zawsze mówiłam Łukaszowi, że w życiu liczy się rodzina i relacje. Nie pieniądze. On kiedyś to rozumiał, ale teraz widzę, że coś się zmieniło.
Z biegiem lat, kiedy poznał swoją przyszłą żonę i wyprowadził się daleko, to wszystko zaczęło się zmieniać. 350 kilometrów to dla niego może mała odległość, ale dla mnie nie do pokonania. Jestem już starsza i choruję, więc podróże to dla mnie spore wyzwanie.
Nie proszę o wiele
Oczywiście, rozumiem, że Łukasz ma swoje życie. Ma pracę, rodzinę i obowiązki. Nie wierzę jednak, że naprawdę tak trudno odwiedzić matkę raz na kilka tygodni. Tym bardziej, że widujemy się może dwa, maksymalnie trzy razy w roku. Zawsze to ja muszę inicjować te spotkania, a kiedy już pytam, to nie obejdzie się bez "pytania o paliwo".
Zawsze pierwsze, co słyszę, to pytanie, czy dorzucę mu na paliwo. Z początku mnie to dziwiło, bo wiem, że zarabia całkiem nieźle, ale teraz już się do tego przyzwyczaiłam.
Z czasem zaczęłam nawet odkładać małe sumy z mojej emerytury, żeby mieć pieniądze, gdy on w końcu się zdecyduje przyjechać. Choć i to nie zawsze działa, bo czasami potrafi odwołać wizytę w ostatniej chwili, tłumacząc się pracą albo innymi zajęciami.
Przetwory na zachętę
Zaczęłam nawet przekupywać go przetworami. Wiem, że uwielbia moje domowe dżemy i kiszone ogórki, więc co roku robię zapasy, żeby mu dać, gdy w końcu przyjedzie. Zawsze liczę, że to go przekona. Przecież każdy lubi mieć w domu coś swojskiego, zrobionego z miłością.
Wiem, że Łukasz uwielbia moje przetwory. Co roku robię specjalnie dla niego dżemy i kiszonki, żeby go zachęcić do wizyty. Zawsze zabiera pełen bagażnik, ale nawet to nie sprawia, że częściej mnie odwiedza.
I to naprawdę działa, kiedy się już zdecyduje na wizytę, bagażnik ma pełen słoików. Ale mimo to nasze spotkania nadal są rzadkie, jakby te słoiki były bardziej istotne niż czas spędzony razem.
Wizyta jak wyjazd służbowy
Czasami mam wrażenie, że te wizyty są dla niego jak obowiązek. Jakby musiał odhaczyć w kalendarzu, że przyjechał do matki, a potem już tylko zjeść obiad, wziąć przetwory i wrócić do swojego świata. Po wszystkim zawsze prosi, żebym dała mu jeszcze na paliwo na powrót. Dla mnie to ogromny koszt, bo moja emerytura jest niewielka. Każda wizyta to dla mnie wydatek, a przecież chciałabym go jeszcze ugościć, ugotować coś dobrego.
Zaczęłam nawet planować budżet tak, żeby mieć odłożone pieniądze na jego wizyty. Tylko wtedy pytam, czy nie mógłby do mnie przyjechać.
Wnuki podążają za nim
Najbardziej przykro mi, że wnuki zaczynają podążać jego śladami. Starszy wnuk, Kuba, ostatnio zadzwonił i zapytał, czy mógłby przyjechać na ferie. Już się ucieszyłam, bo dawno go nie widziałam. Ale zaraz dodał, że potrzebuje pieniędzy na bilet.
Oczywiście, dam mu na ten bilet, bo kocham swoje wnuki i chcę spędzać z nimi czas. Ale boli mnie, że nawet w takich sytuacjach pieniądze są na pierwszym miejscu.
Czy to normalne, że muszę "kupować" czas własnych dzieci i wnuków? Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni.
Kazimiera