"Mój mąż od zawsze marzył o psie. Nigdy wcześniej żadnego nie miał, więc jego wyobrażenie o opiece nad psem było mocno naiwne. Wydawało mu się, że pies to tylko radość, rzucanie piłką i przytulanie. A ja naiwnie zgodziłam się na zwierzaka myśląc, że podzielimy się obowiązkami. Szybko okazało się, że cała odpowiedzialność spadła na mnie. Miał to być test przed powiększeniem rodziny, a ja teraz rozważam, czy w ogóle powiększenie rodziny z tym moim facetem ma sens".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Jak dałam się namówić
Mój mąż tak bardzo chciał psa, że w końcu zgodziłam się. Przekonywał mnie, że skoro nie mamy jeszcze dzieci, to pies będzie świetnym sprawdzianem naszej gotowości do większych obowiązków. Wzięliśmy szczeniaka, bo wydawało nam się, że tak będzie najlepiej. Michał od początku mówił, że to on się nim zajmie, że będzie wychodził na spacery i dbał o wszystko. Niestety, w praktyce wyglądało to zupełnie inaczej.
Na początku jeszcze próbował dotrzymać słowa.
Nie martw się, to ja będę wstawał wcześnie rano, a ty sobie spokojnie śpij
- powiedział mi pierwszego dnia. I rzeczywiście, przez pierwsze dwa tygodnie był pełen entuzjazmu. Chodził na spacery, bawił się z psem, nawet sam jeździł do weterynarza. Ale potem coś się zmieniło. Nagle zaczął narzekać, że jest zmęczony po pracy, że nie ma siły wstawać rano, a ja... no cóż, musiałam przejąć pałeczkę.
Samotne spacery
Z dnia na dzień to ja zaczęłam chodzić z psem na praktycznie wszystkie spacery. Rano, wieczorem, a czasem nawet w ciągu dnia, bo przecież "ktoś musi to zrobić". Michał zawsze miał jakieś wymówki. "Wiesz, miałem ciężki dzień, może ty tym razem pójdziesz?" – to słyszałam niemal codziennie. I tak to się zaczęło. Pies, który miał być naszym wspólnym obowiązkiem, stał się moją codzienną rutyną.
"Mówiłeś, że to ty będziesz wychodził z psem" powiedziałam mu pewnego wieczoru, kiedy po raz kolejny zrzucił na mnie ten obowiązek. A on tylko wzruszył ramionami i odparł:
No wiesz, czasem trzeba się dostosować. Praca mnie męczy.
I to by było na tyle. Ja, która pracuję z domu i mam milion rzeczy na głowie, nagle musiałam codziennie wychodzić z psem, niezależnie od pogody czy samopoczucia.

Test niezaliczony
Szczeniak szybko urósł, a razem z nim – liczba obowiązków. Codzienne spacery, pielęgnacja, wizyty u weterynarza. Michał coraz bardziej się wycofywał, a ja czułam, że to wszystko staje się moim problemem. Byłam wykończona, bo oprócz pracy, sprzątania, gotowania, doszedł mi jeszcze pies, którego przecież nie planowałam mieć na wyłączność. Miał to być test przed dzieckiem, ale Michał ewidentnie nie zdał tego egzaminu.
Jeśli tak ma wyglądać nasza przyszłość z dziećmi, to ja nie wiem, czy dam radę
- zaczęłam myśleć coraz częściej. Pies miał być wspólną odpowiedzialnością, a zamiast tego ja jestem tą, która zajmuje się nim od rana do wieczora. Michał wydawał się nie dostrzegać problemu. On wolał spędzać czas na swoich pasjach – grach komputerowych czy siłowni – a ja znowu byłam tą, która musiała wszystko załatwiać.
Czasami siedzimy razem na kanapie, a Michał rzuca luźno: "Wiesz, w przyszłości będę świetnym ojcem. Na pewno sobie poradzę." A ja tylko patrzę na niego i myślę: "Naprawdę?" Bo jeśli opieka nad psem go przerasta, to jak ma wyglądać nasza przyszłość z dziećmi?

Trudne decyzje
Przygoda z psem miała być testem naszej odpowiedzialności, ale ostatecznie pokazała, że Michał nie radzi sobie z codziennymi obowiązkami. Na początku wydawało mi się, że to tylko kwestia czasu, aż nauczy się, że pies to nie tylko zabawa, ale teraz mam coraz więcej wątpliwości. Myślałam, że pies przygotuje nas do rodzicielstwa, ale teraz poważnie zastanawiam się, czy w ogóle chcę mieć z Michałem dzieci.
Codzienne spacery, karmienie, dbanie o zdrowie psa – to wszystko miało być naszą wspólną odpowiedzialnością, a teraz ja czuję się jak samotna matka. Michał wydaje się być szczęśliwy, że to ja zajmuję się psem, a ja coraz bardziej czuję, że nie mam już siły.
Zaczęłam zastanawiać się, czy to wszystko ma sens, czy Michał kiedykolwiek naprawdę będzie gotowy na większe obowiązki. I co z naszym związkiem - na razie jestem samotną opiekunką psa, a nie tak to miało wyglądać.
Samotna opiekunka psa