"Za salę, która spełniała nasze wymagania, trzeba było zapłacić tyle, co za luksusowy samochód. Mimo że szukaliśmy oszczędności, nie chcieliśmy zrezygnować z marzenia o świętowaniu w otoczeniu bliskich nam osób. Po wielu rozmyślaniach, kalkulacjach i rozmowach, które kończyły się wzruszeniami ramion i zrezygnowanymi spojrzeniami, postanowiliśmy wdrożyć w życie nasz plan B".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Zamiast prezentu ślubnego każdy gość miał opłacić talerzyk
Razem z Przemkiem marzyliśmy o pięknym, wystawnym weselu w gronie najbliższych. Kiedy zapoznaliśmy się z ofertą lokalnych sal weselnych, szybko okazało się, że nasze marzenia muszą zderzyć się z murem, a właściwie to z przykrą rzeczywistością finansową. W każdym kolejnym miejscu ceny były coraz wyższe, a wraz z nimi nasze oczy robiły się coraz większe, a usta coraz mocniej rozdziawione. Nie mogliśmy uwierzyć w to, że za salę, która spełnia nasze wymagania, trzeba zapłacić tyle, co za luksusowy samochód.
Mimo że szukaliśmy oszczędności, nie chcieliśmy zrezygnować z marzenia o świętowaniu w otoczeniu bliskich nam osób. Po wielu rozmyślaniach, kalkulacjach i rozmowach, które kończyły się wzruszeniami ramion i zrezygnowanymi spojrzeniami, postanowiliśmy wdrożyć w życie nasz plan B.
Aby nie obciążać mocno ograniczonego budżetu, zdecydowaliśmy się na nietypowe rozwiązanie. Zamiast tradycyjnych prezentów ślubnych poprosiliśmy naszych gości o opłacenie "talerzyka" na wybranej przez nas sali weselnej. Cena wynosiła 400 zł za osobę, co obejmowało trzydaniową obiadokolację oraz bufet.

Nasz pomysł nie wszystkim przypadł do gustu
Wydawało się nam, że to rozwiązanie jest zarówno praktyczne, jak i uczciwe — szczególnie że pozwalało nam zrealizować nasze marzenie bez drastycznego nadwyrężania budżetu czy zaciągania pożyczki. Niestety, nasz pomysł nie wszystkim przypadł do gustu. Na przykład ciocia Halina, dla której tradycja to świętość, zaskoczona pokiwała głową na nie i zaproponowała, żebyśmy po prostu zrezygnowali z wesela, skoro nie stać nas na wystawną imprezę.
Babcia Ela również nie kryła swojego rozczarowania. Wolała dać nam coś namacalnego, jak komplet filiżanek czy pościel, niż wydawać pieniądze na jedzenie, które według niej nie miało takiej samej wartości emocjonalnej.
Na szczęście nie wszyscy byli aż tak krytycznie nastawieni i wiele osób doceniło nasze starania i zaangażowanie w organizację wesela, dostrzegając w naszym pomyśle chęć spędzenia czasu razem. Bo przecież o to w tym wszystkim chodzi.