"Lata szkolne były najgorszymi w moim życiu. Wszystko przez mojego kolegę, który sobie mnie upatrzył i robił wszystko, abym jak najgorzej zapamiętała zarówno jego i czas edukacji. Po trudnych długich latach nasze drogi wreszcie się rozeszły. Do czasu, kiedy jego syn trafił do mojego szpitala po wypadku, a ja uratowałam dziecku życie. Kiedy zobaczył mnie wychodzącą z bloku operacyjnego, rozpoznał mnie".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Byłam wyśmiewana w szkole
W życiu bym nie pomyślała, jak to się wszystko obróci w życiu. Przez lata nie miałam lekko w szkole. Jeden z rówieśników bardzo utrudniał mi życie. Śmiech, wytykanie palcami to był przy nim pikuś. Ja nie umiałam się bronić, a on miał z tego używanie. Miał swoją paczkę, także dziewczyn. One z kolei plotkowały o mnie i robiły mi różne niemiłe psikusy.
Ja jednak musiałam to znosić, bo nie miałam jak zmienić szkoły. Jednak co przeżyłam, to moje. Do dziś pamiętam wiele przykrych dni, po których wracałam z płaczem do domu. Odbiło się to na mnie bardzo, zwłaszcza mentalnie, bo musiałam później korzystać z pomocy terapeuty. Jednak na szczęście wyszłam na prostą.
Duży przełom nastąpił, kiedy poszłam do liceum, bo on skończył zawodówkę. Miałam większy spokój, ale przeszłość ze mną została. Postanowiłam walczyć o samą siebie, kiedy wyjechałam na studia medyczne. Zawsze pragnęłam być lekarzem i mi się to udało. Specjalnie wybrałam miasto, które jest oddalone od mojego rodzinnego miasteczka sporo drogi. Wszystko po to, aby zacząć na nowo.

Uratowałam syna mojego kolegi ze szkolnych lat
Minęły lata. Ja pięłam się po szczeblach kariery. Niestety, nie ułożyłam sobie życia rodzinnego, bo bałam się zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie. Jednak byłam w miarę szczęśliwa. W mój wolny dzień od pracy nagle dostałam telefon, że muszę pilnie stawić się w pracy. Okazało się, że autokar z dziećmi kolonijnymi miał wypadek i jest wielu poszkodowanych.
Wśród nich był kilkuletni chłopiec, który potrzebował natychmiastowej operacji, która trwała kilka godzin. Przeprowadziłam ją, jak wiele innych, do czasu, aż wyszłam z bloku. Tam czekali na mnie jego rodzice. Dostrzegłam w nich mojego dawnego kolegę, który wyrządził mi w życiu wiele szkód.
By zachować profesjonalizm, głównie odpowiadałam na pytania jego żonie i na nią patrzyłam. Dopiero na koniec spojrzałam na niego znacząco. Wiedziałam, że mnie rozpoznał, poza tym widział moje imię i nazwisko na plakietce. Był blady, jak ściana, a jego wzrok był wynagrodzeniem za te wszystkie trudne lata.
Było widać, że nie wie, jak się zachować, co powiedzieć. Ja jednak przeszłam obok niego beznamiętnie, choć w środku szalał huragan emocji.
Anna