"Ten wyjazd, mimo że nieudany, wiele mnie nauczył. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo moje dzieci są rozkapryszone i źle wychowane. Mimo że zawsze chciałam dla nich jak najlepiej, starałam się, jak mogłam, okazało się, że niepotrzebnie trzymałam je pod kloszem. Przez to dzieciaki nie umieją żyć bez telefonów, nie chcą współpracować w grupie, ciągle grymaszą i są ze wszystkiego niezadowolone. Czas to zmienić".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Miałam klapki na oczach
Problemy zaczęły się już na początku, kiedy oznajmiłam mojej 11-letniej córce i 9-letniemu synowi, że w tym roku wyjeżdżają na kolonie. To był ich pierwszy wyjazd bez nas i dziadków. Chciałam, aby nauczyły się współpracy z rówieśnikami i zobaczyły, jakie zasady panują w innych sytuacjach. Jednak one nie były zachwycone.
Zaczęłam im opowiadać, co zobaczą, zwiedzą, jak będzie fajnie, co je czeka i w końcu udało mi się je namówić. Spakowałam przygotowałam dzieci do wyjazdu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało i zawiozłam na autobus. Kolonie miały być w górach, więc dzieci miały spędzić 5 godzin jazdy autokarem.
Z mężem mieliśmy w tym czasie zrobić remont łazienki i odświeżyć kuchnię, więc było nam na rękę, że dzieci nie będzie. Kiedy wyjechały, zabraliśmy się do pracy. Pierwsze skargi otrzymaliśmy już w drodze na kolonie. Dzieci skarżyły się, że autobus jest niewygodny, a ktoś z tyłu często kopie w ich siedzenia. To był dopiero początek.
Canva
Moje dzieci narzekały na wszystko
Później dzwoniły dość często, bo kilka razy dziennie i mówiły, że łóżka są niewygodne, córka śpi na dole, a wolała na górze, jest mało miejsca, a w pokoju mieszkają po czworo. Stwierdziłam, że niewygoda dobrze im zrobi, bo w domu mogą liczyć na królewskie warunki. Później się okazało, że gniazdko jest bardzo oddalone od łóżka córki, przez co nie może ładować telefonu i korzystać z niego i jednocześnie leżąc na łóżku. To jeszcze zignorowałam.
Później zaczęły się skargi na posiłki. Nic im nie smakowało, chodziły niby głodne i nie było niczego, co znają z domu. Starałam się ich przekonać do nowości i zgłębienia nowych smaków, ale na darmo. Później narzekały, że są ciągle zmęczone, wychowawcy nie reagują na ich prośby, a atrakcje są głupie i męczące.
W końcu po 4 dniach zadzwoniłam do wychowawczyni i zapytałam ją o to. Opiekunka wprost przyznała, że z moimi dziećmi jest największy problem. Trudno jest je czymś zaciekawić, bo najważniejszy jest telefon. Nie chcą się bawić z innymi i wiecznie marudzą. W końcu kobieta sama zasugerowała, abym zabrała dzieci z kolonii, bo one źle wpływają na całą grupę.
Ostatecznie odebrałam je stamtąd i remont musieliśmy dokończyć w towarzystwie dzieci. Żałuję, że wcześniej nie dostrzegałam, jakie są moje szkraby.
Ilona