"Teraz wiem to na pewno — po 12 latach w końcu odetchnęłam z ulgą. W zasadzie dziś nie mogę uwierzyć w to, jak mogłam tyle lat żyć w małżeństwie, w którym uczucia już dawno się wypaliły, a nasze życie wyglądało jak relacja dwóch cyborgów. Bo tak wyglądało".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Mąż wiecznie mnie krytykował
Moje życie przed "przekroczeniem wielkiej wody" prezentowało się następująco. Pobudka dzień w dzień o godz. 6:30. Ja wstawałam pierwsza i robiłam śniadanie dla dzieci i kanapki do pracy dla męża. Nigdy mu nie smakowały i zawsze wydziwiał, że za dużo sałaty, za mało majonezu, a w ogóle to on nie lubi rzodkiewek, przecież doskonale o tym wiem.
Jednak ja codziennie łudziłam się, że może tym razem doceni te kanapki. Starałam się przemycić w nich jak najwięcej warzyw, bo Romanowi urósł brzuszek w ciągu ostatnich kilku lat. On jednak nigdy nie doceniał. Zresztą gdyby jedynym naszym problemem były kanapki, to jeszcze pół biedy. Ale nie były.

Mąż w zasadzie codziennie mnie krytykował i sprawiał, że czułam się bezwartościowa. Krytykował wszystko — mój wygląd, moją inteligencję i dokonania zawodowe. Dzień w dzień sprawiał, że czułam się coraz mniejsza.
Raz, gdy szykowałam się na przyjęcie w pracy, odstawiłam się najpiękniej, jak mogłam. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę z tego, że po dwójce dzieci nie wyglądam jak Miss Polonia, ale zrobiłam, co mogłam.
Gdy całkiem zadowolona z siebie przeglądałam się w lustrze w nowej sukience, Roman tylko przeszedł obok i rzucił:
Aśka, jak ty wyglądasz. Co ty z siebie zrobiłaś. Z czym, do ludzi. To już nie te lata na takie sukienki z tymi nogami i fałdami na brzuchu
- powiedział niemal z niesmakiem.
A ja opadłam z sił i resztą sił usiadłam na łóżku. Poczułam się jak przekłuty balonik, z którego ktoś spuścił powietrze.
Jednak to nie były jedyne bolesne słowa Romana. Wiecznie mówił mi, że jestem za mało inteligentna, żeby coś znaczyć w firmie, w której pracuję i, że jestem zbyt "wiekowa", żeby coś jeszcze mi się w karierze udało. Gdy próbowałam się z nić dzielić jakimiś autorskimi pomysłami na zwiększenie sprzedaży w firmie, jedynie rzucał od niechcenia.
Ty, to jak coś wymyślisz, to się odechciewa.
I faktycznie odechciewało się, tyle że mi.
Rozwiodłam się i po 12 latach odżyłam
Dziś nie mam pojęcia, jak dawałam radę żyć tak dzień w dzień. Jednak trzymała mnie wizja "szczęśliwego małżeństwa". Nie chciałam zrezygnować z tego marzenia, nawet jeśli moje życie nie miało z nim nic wspólnego. I bałam się ostracyzmu społecznego.
To Roman pewnego dnia wrócił z pracy i powiedział, że mnie już nie kocha. Ogłosił, że kogoś poznał i, że dopiero z nią wie, co to jest prawdziwa miłość i, że ja się do niej nawet nie umywam.
Gdy to powiedział, najpierw świat mi zawirował w głowie. Zaczęłam płakać i błagać go, by nie odchodził, a on tylko mówił jak zwykle:
Kobieto, jak ty się zachowujesz, jak ci nie wstyd.
Jednak dzień później nastąpiło otrzeźwienie. Wstałam i poczułam przypływ sił. Wzięłam dzień wolny na żądanie, spakowała wszystkie jego ubrania do walizek i wystawiłam je za drzwi. Tak jak w filmach. Jeszcze tego samego dnia wymieniłam zamki w drzwiach.

Wiedziałam, że gdy wróci, będzie chryja. I tak było. Roman dobijał się do drzwi, ale zadzwoniłam po policję. To go otrzeźwiło.
Dziś jesteśmy już po rozwodzie. Sprzedaliśmy mieszkanie, bo było wspólne, a ja kupiłam nowe, urządziłam po swojemu i rozpoczęłam nowy rozdział w życiu. Roman wyprowadził się do tej lafiryndy, ale po pół roku go pogoniła. Z tego co wiem, aktualnie mieszka ze swoją matką.
A ja po 12 latach w końcu odżyłam. Dziś nikt mi nie mówi, jak mam żyć. Nikt nie krytykuje tego, jak się ubieram, jak wyglądam, czy jaką mam fryzurę. Pozbyłam się największego ciężaru w swoim życiu — własnego męża. I jedyne, czego żałuję to to, że zrobiłam to tak późno.
Joanna