"Ostatnio wraz z mężem wybraliśmy się na romantyczny wyjazd we dwoje, a właściwie we troje - bo z pieskiem nad jezioro. Niestety, nagle coś strzeliło w oponie i okazało się, że złapaliśmy kapcia. Na szczęście niedaleko zobaczyliśmy szyld z napisem "warsztat" i jakoś się tam doczołgaliśmy. Byłam w olbrzymim szoku, gdy okazało się, że wyszła do nas 82-letnia staruszka w rękawiczkach i stwierdziła, że zaraz sobie z tym poradzi. Już po 15 minutach było po wszystkim".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Pojechałam z mężem nad jezioro
Ja i mój mąż jesteśmy w związku małżeńskim już od dwóch lat. Wcześniej przez wiele lat byliśmy w związku i po studiach zdecydowaliśmy się sformalizować naszą relację. Mamy też pięknego pieska, a dzieci na razie nie planujemy.
Tak się złożyło, że zarówno ja, jak i mój mąż mieliśmy ostatnio jeden dzień urlopu i oboje postanowiliśmy wybrać się nad pobliskie jezioro. Oczywiście wzięliśmy ze sobą naszego pieska, bo przecież nie mogłoby być inaczej.
Planowaliśmy spędzić nad tym jeziorem cały dzień i miło odpocząć z dala od zgiełku miasta. A jednak okazało się, że ten wyjazd wcale nie będzie taki ekstra.
W trakcie jazdy nagle coś gruchnęło i okazało się, że złapaliśmy kapcia i chyba pękła nam opona. Mówię do męża: „Patrz, tam jakiś mechanik” przy drodze i jakoś się doczołgaliśmy do niego.

Starsza pani wymieniła nam koło w samochodzie
Z pobliskiego warsztatu wyszła starsza babinka 82-letnia, która stwierdziła, że ona się tym kołem zajmie. Ja to przecierałam oczy ze zdumienia, że taka starsza pani jest na tyle ogarnięta, żeby poradzić sobie z wymianą koła - no i na tyle silna. Babcia zamontowała jakiś podnośnik do koła i zaczęła działać. My z mężem i pieskiem tylko zdziwieni patrzyliśmy, jak sprytna babinka zmienia koło, turla jedno, turla drugie i montuje.
Wydaje mi się, że cała akcja trwała może 15-20 minut. Oczywiście mój mąż proponował babince, że jej pomoże, a ona odparła, że nie ma takiej opcji i to jej warsztat, więc ona sobie poradzi. Po zakończonej usłudze stwierdziła, że moglibyśmy się za całą usługę rozliczyć, na co ja zapytałam o to, ile się należy. Babinka odparła, że za "latanie z kołem" 45 złotych. Nie wiem, czy to mało, czy dużo, ale się rozliczyliśmy i chwilę pogadaliśmy. Okazało się, że ta pani ma już swój warsztat od wielu lat i teraz po śmierci męża sama go prowadzi.
Ilona