"Nie znaliśmy ślubnych realiów, ponieważ dawno nikt w rodzinie nie miał ślubu, a my spędziliśmy ostatnie lata za granicą, więc nasze przyjaźnie się rozluźniły. Zarezerwowaliśmy salę na wesele, decydując się na prawie jedyny wolny lokal, jaki był dostępny. Przy spisywaniu umowy właściciel był przemiły i ugodowy. Jednak dwa miesiące przed ślubem zaczął mówić o dodatkowych kosztach. Byliśmy pewni, że wiele z omawianych rzeczy jest niepłatnych. Teraz zdaliśmy sobie sprawę, że to wesele oczyści nasz portfel bardziej, niż myśleliśmy".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Prześlij swoją historię na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Pytaliśmy o wszystko, ale źle zadawaliśmy pytania
Mówią, że mądry Polak po szkodzie, ale też z drugiej strony nie spodziewałam się, że branża ślubna tak bardzo potrafi się zmienić. Kiedy z narzeczonym zdecydowaliśmy się na wybór lokalu, właśnie wróciliśmy z kilkuletniej emigracji. Dużo się w tym czasie zmieniło, więc o wielu rzeczach nie mieliśmy pojęcia.
Chcieliśmy się pobrać rok po powrocie, ale na tak szybki termin były dostępne tylko dwa lokale w naszej okolicy. Zdecydowaliśmy się na ten, który wydawał się tańszy. Teraz już wiemy, że tylko z pozoru. Poprosiliśmy o klimatyzację na sali, schłodzenie alkoholu i ciasta dla gości. Zgodzili się bez problemu, podobnie jak na wiejski i słodki stół, a także na drink bar, mimo że to nie oni go przygotowywali.

Okazało się, że wiele rzeczy jest dodatkowo płatnych
Dwa miesiące przed ślubem spotkaliśmy się raz jeszcze, by ustalić wszystkie szczegóły. Wtedy zaczęły się problemy. Klimatyzacja jest w cenie, ale tylko tuż przed wejściem gości na salę. Dalsza praca klimatyzacji jest dodatkowo płatna. Lodówki i zamrażalki są dla nas dostępne, ale trzeba dodatkowo zapłacić za możliwość schłodzenia. Za darmo jest przetrzymanie ciast i alkoholu w temperaturze pokojowej. Chyba że te rzeczy kupimy od nich, wtedy jest gratis.
Jednak koszt paczki placków czy butelki alkoholu w lokalu jest znacznie wyższy niż w hurtowniach. Z kolei słodki i wiejski stół mogą pochodzić od innego usługodawcy, ale właściciele lokalu życzą sobie dodatkową opłatę za wynajęcie przestrzeni na sali. Jeśli chodzi o drink bar, to musimy zapłacić za to, że obsługa umyje szkło konieczne do sporządzenia drinków.
Wszystkie te dodatkowe opłaty są bardzo wysokie, bo widać, że właściciele lokalu chcą sobie zrekompensować niski koszt talerzyka. Gdyby to wszystko podsumować i podzielić przez liczbę gości, to w sumie wychodzi więcej, niż w niejednym lokalu w okolicy. Teraz już się nie wycofamy, bo jest za późno, ale bardzo żałuję wyboru lokalu.
Paulina