"Rodzice mojego męża wyraźnie przesadzają. Oni twierdzą, że skoro mieszkam ze swoim mężem, a ich synem w ich domu, to powinnam się dokładać do rachunków. Bez żartów. Oni się powinni cieszyć, że zechciałam ich syna i nie został starym kawalerem, a nie jeszcze mi tutaj stawiać jakieś wymagania. Niedoczekanie, obcy ludzie, a takie wymysły mają".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Prześlij swoją historię na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Mieszkam z partnerem i jego rodzicami
Tak mi się życie ułożyło, że mając 19 lat, poznałam 28-letniego Mateusza. Mateusz był całkiem spoko, wiecie: własne mieszkanie, samochód i w ogóle też, jeśli chodzi o wygląd. To znaczy, nie da się ukryć, że nie był najpiękniejszy, ale miał niezły charakter i tym mnie zachęcił do tego, abym się z nim związała.
Z Mateuszem spotykałam się przez kilka miesięcy, a jego rodzice trzymali kciuki, żeby się ze mną związał. Rodzice wielokrotnie mu mówili, że już jest stary, ciągle go laski rzucały, więc żeby się ze mną związał, to jeszcze sobie mnie wychowa, bo jestem taka młodziutka. Prawda jest taka, że to ja raczej bardziej sobie jego wychowam niż on mnie, bo mam charakterek, ale z drugiej strony pochodzę z takiego domu, że chciałam się wyrwać, a Mateusz naprawdę jest dobrym mężczyzną, więc postanowiłam zaryzykować i się z nim spotykać.
Weszliśmy razem w związek i w zasadzie po pół roku mój facet mi się oświadczył. Byłam trochę w szoku, ale się zgodziłam.

Rodzice męża chcą, żebym dokładała się do rachunków.
Wzięliśmy ślub i wtedy przeprowadziłam się do Mateusza, a właściwie do jego rodziców. Tak się składa, że Mati pracuje na kasie w sklepie, ale to jego rodzice utrzymują całe mieszkanie i za wszystko płacą. Powiedzmy sobie jednak szczerze, przecież od czegoś ci jego rodzice są. Chociaż na tyle się przydają, że dają mieszkanie, gotują i sprzątają. Tyle z nich korzyści mamy z mężem.
A jednak w ostatnim czasie rodzice męża stwierdzili, że powinnam pójść do pracy i dokładać się do rachunków. Poprosiłam o powtórzenie, bo aż myślałam, że się przesłyszałam. A jednak nic bardziej mylnego. Aż się zaśmiałam. Oni chyba nie wiedzą, o co mnie proszą. Powinni być mi wdzięczni, że zechciałam ich syna, a żadna inna przecież go nie chciała.
Jestem w szoku również dlatego, że ja przecież się uczę, chodzę do szkoły policealnej i co teraz mam to rzucić, bo oni skąpią. Nie, tak nie będzie. Przesadzili.
Nikola