"Mąż był bardzo zdziwiony, że chcę rozwodu za nic. Uważał, że nic nie zrobił: zawsze był mi wierny, nie oglądał się za innymi, traktował mnie z szacunkiem, nie miał uzależnień. Żyliśmy na dobrym poziomie. Mieliśmy dzieci, dom i samochód. Niczego nie brakowało mi do szczęścia, ale po 19 latach wystąpiłam z rozwodem".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Prześlij swoją historię na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Mój mąż nie uczestniczył w życiu rodziny
Byłam w małżeństwie przez 19 lat. Póki byliśmy beztroską parą, oboje na etacie, było dobrze. Ale gdy tylko zaczęły się pojawiać dodatkowe obowiązki, więcej domowych zadań i komplikacje, wszystko spadło na mnie, a mój mąż po prostu się z tego wycofał. Cieszył się, że ma rodzinę, ale nie zmienił swojego łatwego życia.
Wszystko w domu działo się obok niego lub bez niego. Musiałam radzić sobie sama. Nie wiem, czemu tak robił, przecież mówił mi, że założenie rodziny, kochająca żona, dzieci, prawdziwy dom to jego największe marzenia. Po latach zdałam sobie sprawę, że to on z absolutną regularnością, każdego dnia podejmował tę samą decyzję, że nie będzie stanowił części naszego życia. Zachodziłam w głowę, jak on w ten sposób może żyć, czy mu nie szkoda straconego czasu.
Łatwo chwalić się swoimi osiągnięciami przed kolegami, ale gdy spojrzy się bliżej - okazuje się, że każdy powszedni dzień wygląda tak samo i składa się z powtarzalnych czynności, w których on nie chciał uczestniczyć. O rodzinę trzeba dbać, relacje pielęgnować, to nie tak, że założysz obrączkę, zrobisz dzieci i załatwione.
Zawsze wymówki pt. "nie chce mi się", "jestem zmęczony", "muszę się wyspać", "jest mecz w telewizji", "wyjdź sama, po co nas dwoje do pilnowania" były ważniejsze niż my. Jego wygoda i lenistwo było ważniejsze niż my. Miałam w domu dekorację, która w dodatku stawiała wymagania.
Jego dzień powszedni wyglądał mniej więcej tak: 8-9 godzin snu, 1,5 godziny na śniadanie i szykowanie się do pracy, 8 godzin lekkiej pracy tuż obok domu, obiad, pogadanie ze mną i z dziećmi (ale już na podwórko prawie nigdy nie wychodził, nie chciało mu się, wolał porobić nic); potem swoje sprawy, 4 godziny oglądania telewizji, kąpiel i sen. To jest rozkład dnia ojca trójki dzieci. Praktycznie niczym się nie różni od rozkładu dnia kawalera.

Mąż nie robił nic, żeby mi pomóc
Jeżeli dzieci chciały spędzić czas z tatą, musiały zostać w domu, bo inaczej bywało, że nie widziały go przez cały dzień. On nie robił nic, żeby mi pomóc, chyba że już naprawdę nie miał wyboru.
Gdy ja zasuwałam od 6 rano, żeby naszej trójce dzieci uszykować śniadanie, ubranie, jedzenie do szkoły, zawieźć do przedszkola, szkoły, na zajęcia, przypilnować, żeby umyły zęby - on nie robił nic. Ja w półtorej godziny ogarniałam siebie i całą trójkę, a on tylko o siebie. Wstawał dopiero, gdy musiał, ale nas już wtedy dawno nie było.
Gdy prosiłam, żeby wymienił kran w kuchni, bo cieknie, albo zorganizował fachowca - on nie robił nic, tłumaczył, że zapomniał albo nie miał czasu. Musiałam w końcu sama się zająć albo prosić o pomoc swojego tatę.
Gdy wyjeżdżałam z dziećmi na tydzień, a on był w domu, chodził do pracy i miał się zająć tylko sobą - również nie robił nic. Wracaliśmy i jeszcze musiałam poskładać i pozmywać talerze z całego tygodnia, bo przecież nawet po sobie nie pozmywał.
Gdy pytałam, czy nie poszlibyśmy gdzieś razem wieczorem, tylko we dwoje, bo od dawna nie byliśmy w kinie ani w teatrze - on tylko kiwał głową, po czym... nawet nie kiwnął palcem, żeby mnie gdzieś zaprosić.
Gdy po urodzeniu trzeciego dziecka prosiłam o pomoc, bo sama nie ogarniałam, logistyka z trójką to było już za wiele - on rozkładał ręce, że nie umie - i znów nie robił nic. W efekcie pakowałam maluszka w chustę i szedł z nami do szkoły. A mąż spał do 9 swoim zwyczajem.
Moje życie z nim było jak czekanie na Godota
Któregoś dnia w końcu powiedziałam "dość". To było zaraz po tym, gdy musiałam przenocować u znajomych i rano wstałam, a mąż mojej koleżanki zrobił dla nas obu śniadanie i kanapki do pracy. Byłam kompletnie zaskoczona, że można tak żyć. Jakbym nagle przeniosła się do piątego wymiaru, w którym działają inne prawa fizyki. Jakby ktoś niechcący zdjął ze mnie całą presję i odpowiedzialność, nawet za tak prozaiczny, maleńki kawałek codzienności. Mój mąż nigdy nie zrobił nic takiego z własnej woli.
Dwa tygodnie później złożyłam pozew o rozwód. Uzasadniłam, że to za nic. Regularnie potwierdzane i powtarzane nic przez te kilkanaście ostatnich lat.
Mąż się zdziwił, bo uznał, że skoro nigdy mnie nie zdradził, nie oglądał się za innymi, traktował mnie z szacunkiem, nie miał uzależnień, to wszystko jest OK. Żyliśmy na dobrym poziomie. Mieliśmy dzieci, dom i samochód. On swoje zadanie wykonał. Stwierdził, że od dobrobytu w nosie mi się przewraca.
Gdy zorientował się, że nie zmienię zdania, obiecał, że się poprawi, że od tej pory będzie się zachowywał inaczej. Ale ja już nie chciałam. I tak byłam zdana głównie na siebie. Doprowadziłam sprawę do końca. Teraz mam na głowie znacznie mniej... Teraz jest lepiej.
Aneta