"Witamy w Polsce! Jak jesteś pracującą mamą, nie masz dziadków do opieki ani wypchanego portfela, a dziecko nie dostanie się na wakacyjny dyżur — to jesteś w ciemnej d**ie. Mojego dziecka w zeszłe lato nie przyjęła żadna placówka poza macierzystą. Do ostatniego dnia biegałam z papierami i błagałam bezskutecznie. Córka siedziała ze mną w biurze przez 3 tygodnie, a na 3 tygodnie musiałam wziąć urlop. W tym roku chciałam być mądrzejsza i złożyłam papiery do wszystkich placówek w dzielnicy, w zasięgu komunikacji. Dostałam 11 razy odmowę. Tak to wygląda w stolicy".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
W teorii - dyżur wakacyjny dla wszystkich
Co roku jak bumerang wraca ten sam problem — co zrobić z dziećmi w wakacje? Nie mamy babć, do których mogłabym posłać córkę na kilka tygodni albo które przyszłyby się zaopiekować wnuczką. Pracujemy z mężem w tych samych godzinach. Zatrudnienie niani odpada (całą wypłatę musiałabym jej oddać). Zostaje przedszkole i dyżur.
To jest jakaś porażka, bo dzieci praktycznie tyle samo, co w ciągu roku, a miejsc w przedszkolach wielokrotnie mniej, bo każda placówka dyżuruje tylko przez 3 tygodnie w ciągu 2 miesięcy. A rodzic nie ma wtedy wakacji, musi normalnie chodzić do pracy.
Dziecko ma automatycznie zagwarantowane miejsce tylko w swojej placówce, a do pozostałych — musi się starać o przydział na wolne miejsca, o ile w ogóle jakieś są. Nic dziwnego, że kolejka chętnych, a w sumie nie wiadomo, jakie są kryteria przyjęcia... Kolejność? Znajomości? Może ślepy los?
Tak to pięknie wygląda w teorii, że można zapisać takiego przedszkolaka na dyżur wakacyjny. Jak to wygląda w praktyce, to już się przekonałam dwukrotnie...

W praktyce - tylko wybrańcy losu się dostają
Rok temu zgapiłam się, bo postawiłam tylko na jedną placówkę z każdego z trzech turnusów. Tę najbliżej domu. I dostałam kubeł zimnej wody na głowę, bo córka nie dostała się do żadnej placówki przedszkolnej poza własną. Do ostatniego dnia biegałam z papierami od drzwi do drzwi po wszystkich przedszkolach w dzielnicy i błagałam, żeby nas gdzieś wcisnęli.
Próbowałam nawet zapisać córkę do jednego z trzech przedszkoli u babci, 300 km od domu, ale dyrektorka tylko nas wyśmiała, że oni nie przyjmują dzieci spoza rejonu, bo nie i koniec. W żadnym dokumencie (łącznie z pismami burmistrza w tej sprawie) nie ma ani słowa na ten temat, że dziecko ma być z terenu miasta, ale oni się uparli... Byłam wściekła, ale nie było sensu kopać się z koniem.
Koniec końców, córka siedziała ze mną 3 tygodnie w biurze (chwała pracodawcy, że się na coś takiego zgodził, choć w tej firmie pracowałam zaledwie od 4 miesięcy!)... Na dworze lato, słońce, a ona biedna w kącie przy stoliczku z kredkami. Na pozostałe 3 tygodnie wzięłam (częściowo bezpłatny) urlop.
Startowałam w rekrutacji do wszystkich placówek w dzielnicy - i nigdzie nas nie przyjęli
W tym roku postanowiłam być mądrzejsza i podczas rekrutacji wpisałam na listę wszystkie przedszkola w dzielnicy. Tzn. wszystkie, które byłabym w stanie ogarnąć logistycznie, bo np. do przedszkola po drugiej stronie lasu nie byłabym w stanie dojechać. Miałam nadzieję, że do któregoś się dostanie, no bo bez przesady! I co?
To samo! 10 maja podano wyniki rekrutacji. Moja 4-letnia córka dostała 11 razy odmowę przyjęcia. Z rosnącą wściekłością i rozczarowaniem przewijałam listę, a tam... wszędzie "kandydat niezakwalifikowany". Tak to się odbywa w stolicy.
Prawdę mówiąc... nie jesteśmy jedyni. Wśród znajomych z naszej okolicy bardzo dużo rodzin jest w tej samej sytuacji, ich dzieci też nie dostały się nigdzie. I co mamy teraz zrobić? Walczyć ze sobą o miejsca?
Rzucić pracę na dwa miesiące? Jak ktoś nie ma babci albo dziadka do pomocy? Może powinnam udawać chorą na L4? Zapłacić 2 tysiące na prywatną placówkę, a może — całą pensję oddać niesprawdzonej niani? Która też ma wymagania i wolałaby coś na stałe, a nie 2 razy po 3 tygodnie... Nie wiem, czy uda mi się znaleźć jakieś prywatne przedszkole, czy w ogóle jest do tego jakieś dofinansowanie na wakacje.
Na samą myśl o tym, że w tym roku znów będę latała od placówki do placówki z papierami (i to w godzinach mojej pracy), już mi się słabo robi... Druga tura 29 maja - można jeszcze samolubnie liczyć na to, że inny rodzic zapomni opłacić wyżywienie i miejsce mu przepadnie, a wtedy gnać z papierami do placówki jak najszybciej...
To nie powinno tak wyglądać.
Mama przedszkolaka