"Synowa ostatnim razem zachwycała się moim ciastem drożdżowym, że takie pyszne było. Dziś rano akurat piekłam i pomyślałam, że po drodze do lekarza podrzucę jej pół brytfanki, niech sobie z Arturem zjedzą na zdrowie. Zadzwoniłam do Patrycji i zapytałam, czy będzie w domu o 12, a ona potwierdziła. Gdy zapukałam do drzwi ich mieszkania, usłyszałam szuranie i za chwilę otworzyła mi tak ubrana! Ręce mi opadły. Co za brak ogłady..."
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Upiekłam ciasto dla syna i synowej
Staram się do życia młodych nie wtrącać, ale ostatnio... ostatnio mnie trafiło. A wszystko zaczęło się od mojego ciasta drożdżowego z kruszonką - z nowego przepisu od sąsiadki. Patrycja, moja synowa, tak wychwalała, Artur się zajadał, więc obiecałam im, że jak następnym razem będę piekła, to się podzielę. Zwłaszcza że Patrycja, niestety, talentu kulinarnego raczej nie ma... pieczenie to też nie jej konik. Sama tak mówi.
Wczoraj rano miałam wolne przedpołudnie i zajęłam się tym ciastem. Akurat się przyda, bo na następny dzień umówiłam się z koleżanką na kawkę, więc z pustymi rękoma nie przyjdę. A jeszcze tego samego dnia miałam po południu wizytę lekarską umówioną. Akurat w okolicy, gdzie mieszka mój syn z synową.
Chciałam więc wywiązać się z obietnicy i pomyślałam, że zawiozę Patrycji i Arturowi pół brytfanki tego drożdżowca. Niech sobie zjedzą na zdrowie. Jeszcze zanim przygotowałam składniki na ciasto, wzięłam telefon i zadzwoniłam do Patrycji z pytaniem, czy będzie w domu i czy mogę na pół godziny zajrzeć po drodze do lekarza. Bo ona tylko dwa dni jest w biurze, a resztę w domu. Ucieszyła się i zaprosiła na dwunastą.

Synowa otworzyła mi niekompletnie ubrana
Zgodnie z umową, byłam u Patrycji o dwunastej. Nawet pięć minut się spóźniłam, bo autobus przyjechał niezgodnie z rozkładem. Kiedy zapukałam do drzwi mieszkania synowej, usłyszałam szuranie kapci po podłodze i zaraz ona mi otworzyła... w szlafroku! I to chyba w samym szlafroku, bo dekolt to on miał dość głęboki.
Mało tego ciasta z rąk nie wypuściłam. Bójta się Boga, ludzie, toż to pół dnia już minęło, a ta w szlafroku po domu gania? Przecież wiedziała, że przyjdę, i nie zdążyła się ubrać do południa? Dla mnie to brak szacunku, przyjmować matkę swojego męża w takim stroju, jakby dopiero co z łóżka wstała.
Zaprosiła mnie do kuchni, a tam sterta garów niepozmywanych, laptop na stole, a w kącie karton po pizzy. Zapracowana Patrycja nie miała czasu od rana ani się ubrać, ani włosów ułożyć, ani nawet śmieci do kosza wrzucić. Najwyraźniej spała do południa.
Byłam w szoku, bo nie myślałam, że tak to na co dzień u nich wygląda i gdy Artur wraca po pracy, to tu nic niezrobione, a ta paraduje nieubrana... Ciekawe, czy kurierom też w szlafroku otwiera. Wstyd.
Ja rozumiem, że tak można w sobotę albo niedzielę, ale nie wtedy, kiedy się wie, że gość przyjdzie, i to nie ktoś, kto wypadł sroce spod ogona, ale mama męża. Nie to, żebym się czuła przesadnie ważna, nie liczę na nie wiadomo jakie względy, ale elementarny szacunek wypadałoby okazać...
Czułam się tak skrępowana, że pod pretekstem, że ta wizyta jednak jest pół godziny wcześniej, przeprosiłam i ewakuowałam się, nawet nie wypiwszy herbaty.
Nie mogę zrozumieć, co to miało znaczyć?
Grażynka