"Gdybym dwa lata temu wiedziała to, co teraz, w życiu nie postawiłabym na tę datę. Jednak marzyłam o ślubie w ostatnim dniu roku i mówiłam o tym głośno, więc nie spodziewałam się żadnych problemów. Mój mąż też był za, więc cieszyłam się na spełnienie mojego marzenia. W końcu w Nowy Rok wchodzę jako mężatka i domykam poprzedni rozdział w życiu. Jednak po ślubie dowiedziałam się kilku rzeczy, które znacznie wpłynęły na osąd mojej decyzji".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Chciałam w Nowy Rok wejść jako mężatka
Odkąd byłam małą dziewczynką, marzyłam o ślubie w sylwestra. Fajerwerki, atmosfera zabawy i radości, a także przełomu roku. Kiedy więc zrobiło się z Piotrkiem, teraz już mężem, na poważnie, to powiedziałam mu o tym. Na szczęście, nie miał nic przeciwko, więc kiedy przyszedł czas wyznaczyliśmy datę ślubu właśnie na sylwester.
Rok przed ślubem zaczęły się schody, gdyż podwykonawcy zażyczyli sobie 30% więcej za usługę w sylwestra, aniżeli w zwykły dzień, nawet w sobotę. Tłumaczyli, że w ten dzień i tak zarobią, a muszą pracować dłużej na moim weselu, niż na sylwestrze. Przełknęłam to i wyciągnęłam kasę, choć nie było mi to na rękę, gdyż podwyżka dotyczyła sali weselnej, kapeli i fotografa.
Najgorsze jednak przyszło później...

Goście byli szczerzy do bólu
Przy zapraszaniu okazało się, że odmówiło nam 40% spodziewanych gości. Prawie wszyscy zasłaniali się planami poczynionymi już na ten dzień, choć o moim ślubie mówiłam 2 lata wcześniej. Myślę, że po prostu znaleźli wymówkę, by nie przyjść.
Później na weselu wiele osób zebrało się niedługo po północy, a kilka dni po uroczystości od jednej z kuzynek usłyszałam, że żałuje, że przyszła na moje wesele, bo na domówce z przyjaciółmi bawiłaby się lepiej.
Niestety, mój mąż też usłyszał podobne słowa od gości z jego strony i ma teraz do mnie pretensje, że naciskałam na ten termin. Jest mi bardzo przykro.
Nadia