"Mam tego dość! Bardzo lubię święta i ten czas, gdy wszyscy się spotykamy przy jednym stole. Cieszę się, że to zazwyczaj odbywa się u nas w domu, ale ja też chciałabym coś z tych Świąt mieć. A naprawdę biegam wciąż od stołu do zlewu, do piekarnika, a nawet do pralki. Zaczyna się na kilka dni przed Świętami, a kończy dopiero gdy wyjdzie ostatni gość. Później wszyscy wracają do pracy wypoczęci, a ja jestem bardziej zmęczona, niż przed tymi wolnymi dniami".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Nie mam ochoty na Święta
Nigdy tak nie było. Zawsze uwielbiałam te świąteczne dni i tę towarzyszącą im magię. Tym razem jednak jest inaczej, bo wiem, co mnie czeka.
Mamy duży dom. Od kiedy się wybudowaliśmy, cała rodzina zjeżdża się do nas na wigilię. Niektórzy zostają do końca świąt. Inni zbierają się po pasterce. Ale nikt nawet nie pomyśli, żeby choć trochę odciążyć mnie w przygotowaniach.
A to czasochłonne
Zawsze biorę przed świętami dwa dni wolnego w pracy, bo do przygotowania jest tyle potraw, że inaczej bym nie zdążyła. A trzeba przecież jeszcze upiec ciasta.
I niby pojawia się uśmiech na twarzy, gdy myślę o tych wszystkich spotkaniach, ale to dla mnie naprawdę poważne wyzwanie, przygotować poczęstunek dla ponad 20 osób.
W moim rodzinnym domu było tak, że każdy coś przynosił. Tym sposobem przygotowań było znacznie mniej i zostawały siły na to, żeby cieszyć się tym czasem.
Ale tutaj mąż się na to nie zgodził. Powiedział, że przecież nie będzie prosił mamy, żeby stała przy garnkach, bo mi się nie chce.

Zabolało mnie to
Bo ja przy tych garnkach stać muszę. I nie chodzi o to, że mi się nie chce. Ja naprawdę lubię gotować i przyjmować odpowiednio gości. Ale jest mi przykro, że w zasadzie nikt tej mojej pracy nie docenia.
Czuję się jak służąca, która nadaje się tylko do podawania do stołu.
Nie mówiąc już o tym, ile na przygotowanie tylu potraw trzeba wydać. Bo nie jest to mała kwota i spokojnie moglibyśmy za te pieniądze wyjechać gdzieś na rodzinny weekend.
A w tym roku była jeszcze wojna o pierogi. Lepienie ich wymaga czasu i wymyśliłam sobie, że zamówię je w pierogarni z wieloletnią tradycją. Teściowa jak na mnie wsiadła, to zrezygnowałam. Więc spędziłam 2 dni przy lepieniu pierogów i uszek.
Boję się tych świąt. Zaraz zaczynam przygotowania i wiem, że będę nimi wykończona. Życzcie mi dużo siły.
Mariola