"Mój Bartuś po ślubie zamieszkał z żoną kawał drogi od nas. Ustaliliśmy, że na Boże Narodzenie będziemy się odwiedzać na zmianę - raz ja i ojciec przygotujemy wszystko, a syn z synową przyjadą do nas, a w kolejnym roku odwrotnie. Poprzednio wypadł mój rok, znów urobiłam ręce po łokcie, żeby dla każdego był jego ulubiony rodzaj pierogów i tyle potraw, ile głosi tradycja... Nie chcę nawet liczyć, ile to wszystko kosztowało, także czasu! W tym roku czekaliśmy więc na zaproszenie do Bartka... a zamiast tego dostaliśmy kubeł zimnej wody na głowę..."
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
W Wigilię odwiedzaliśmy się na zmianę
Mój syn Bartosz ożenił się 4 lata temu. Razem z żoną zamieszkali w stolicy. Od nas to prawie 150 km... Basia miała tam mamę i nie chciała jej zostawiać samej. Zresztą, dla młodych to lepsze perspektywy niż na naszej wiosce.
Na święta syn i synowa dzielili czas i starali się spędzić go i z jedną, i z drugą stroną. Tak był w pierwszym roku ich małżeństwa. To się zmieniło, gdy mama Basi zmarła. Od tamtej pory wszystkie święta spędzali już tylko z naszą rodziną. Umówiliśmy się, że będziemy przygotowywać Wigilię i Boże Narodzenie na zmianę - tzn. jeden rok u nas, a kolejny u Bartka i Basi.

W tym roku Wigilia miała być u synowej, ale młodzi zmienili plany
W tym roku wypadła kolej na Wigilię u nich. Bardzo mnie to cieszyło, bo u nas krucho z pieniędzmi, a poza tym prawdę mówiąc, w tym roku nie mam siły przygotowywać tych wszystkich potraw... Choruję na reumatyzm i miałam niedawno zabieg na ręce, jeszcze nie odzyskałam pełnej sprawności. Przez najbliższy miesiąc powinnam się oszczędzać.
Poprzedni rok wypadał mój i nie powiem, urobiłam się po łokcie, żeby na Wigilii było te 12 potraw, dla każdego ulubiony rodzaj pierogów... Już na 2 tygodnie przed świętami kleiłam, nadziewałam i mroziłam. Ugotowałam gar barszczu, domowe łazanki z miodem i makiem. Nawet nie chcę wiedzieć, ile pieniędzy na to poszło!
Myślałam, że w tym roku sobie odpocznę i będę się gościć u synowej. A tu niespodzianka! Bartosz zadzwonił do nas dzisiaj i pochwalił się, że w grudniu lecą na 2 tygodnie do Tajlandii!
Wpierw się ucieszyłam, że wypoczną... Ale potem coś mnie tknęło i zapytałam o dokładny termin... Okazało się, że oni chcą wylecieć tuż przed świętami, a wrócić po sylwestrze!
Wtedy mnie trafiło! Od razu zapytałam, co z Wigilią i Świętami... przecież w tym roku ich kolej i jesteśmy przygotowani na wyjazd do nich... Cóż, chyba w ogóle nie wzięli tego pod uwagę, bo Bartuś wydawał się zaskoczony. Stwierdził, że nic nie mówiliśmy! Przecież była umowa. Jak oni mieli gościć się u nas, to im pasowało, a jak w drugą stronę wypadło, to oni sobie wyjeżdżają!
I ja na własnej piersi wychowałam takiego niewdzięcznika. Jak mu przemówić do rozsądku, żeby święta spędzili, jak należy, z rodziną, a nie takie hocki...
Krystyna