"Ja nie jestem za tym, żeby nachodzić matkę świeżo po porodzie. Nie dość, że ona sama wymęczona i obolała, to jeszcze to dziecko, które przecież może się każdym choróbskiem zarazić. Założyłam sobie, że przez pierwszy miesiąc nie wpuszczę do domu nikogo. Ale rodzina męża tak się dopytywała, że już miałam tego dość. Pozwoliłam, żeby przyszli i pomyślałam sobie, że może chociaż coś fajnego małemu dadzą. Może jakieś pieluszki, albo ubranka, bo za dużo nie kupiłam na te pierwsze tygodnie. A oni przyszli się gościć, a synkowi nie przynieśli nic. No co za wstyd".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
To nie tak miało być
Zakładałam, że po powrocie ze szpitala spokojnie sobie w domu odpocznę. Nauczę się tej nowej rzeczywistości, bo przecież sporo się w niej zmieniło.
Poród miałam ciężki. Skurcze przez 5 dni z przerwami. Wszystko skończyło się ostatecznie cesarskim cięciem, więc tym bardziej wyszłam ze szpitala obolała.
Nie miałam siły ani ochoty o siebie zadbać, a nigdy nie pokazywałam się nikomu bez makijażu. No... oprócz mojego męża. Nie chciałam jednak tego zmieniać.
Mojej rodzinie zabroniłam odwiedzin
Oni to zrozumieli i nie naciskali. Wysyłałam im tylko filmiki i zdjęcia, ale i tak robiłam ich mnóstwo, bo synek tak szybko rośnie, że chciałam mieć uwieczniony każdy jego dzień.
To im wystarczało. Pytali codziennie, jak się czuję, a ja wspominałam, że jeśli chodzi o odwiedziny, to jeszcze trochę. Przynajmniej jak mały skończy miesiąc.
Ale rodzina partnera była tak upierdliwa, że aż trudno było tego słuchać. Ich moje samopoczucie nie interesowało wcale i wręcz nalegali na spotkanie.
Teściowa powiedziała, że nie będzie czekała na odwiedziny u pierwszego wnuka przez miesiąc, a ja miałam już dość tego gadania i ostatecznie zgodziłam się, ale mieli zakaz mówienia czegokolwiek moim bliskim, bo oni zaraz by też chcieli.

Liczyłam na fajne prezenty
Jak się pierwszy raz do dziecka przyjeżdża, to zwykle przywozi mu się coś fajnego. Jakieś pieluszki, kosmetyki, czy ubranka.
Liczyłam na to, że i babcia z wujkiem przywiozą coś fajnego, to chociaż by coś z tej wizyty było.
Ale oni ewidentnie przyszli się gościć. Rozsiedli się, małego sobie z ręki do ręki podawali. Nikt nawet nie zapytał, jak ja się czuję.
Ależ byłam zła.
W dodatku jak weszli, to od razu obudzili mi synka, bo tak głośno gadali, że trudno było się nie obudzić.
Ja musiałam latać i robić im kawki i herbatki. A oni tak się zasiedzieli, że jeszcze z kolacją musiałam kombinować.
Ale to nie jest najgorsze. Później przyjeżdżali sobie co drugi dzień. Bo stwierdzili, że skoro raz już małego widzieli, to drzwi dla nich są już otwarte.
Zjawiali się nawet bez zapowiedzi i to w najmniej oczekiwanym momencie. Wtedy, gdy ja na przykład mogłam mieć chwilę na odpoczynek.
I oczywiście ani razu nic nie przynieśli. Bo jakby inaczej. Szkoda na nich słów, naprawdę.
Przy następnym dziecku na pewno nie zgodzę się na odwiedziny. Będą czekać, aż łaskawie im pozwolę przekroczyć mój próg.
Hanka