"Ludzie w tych czasach nie mają w sobie za grosz empatii i zrozumienia. Przecież w życiu są różne sytuacje. I to niezależne od nas. Ja też chciałabym żyć inaczej, mieć łatwiej. Ale przyjmuję z pokorą wszystko, co mi los przynosi. Nie roztrząsam tego i staram się jakoś sobie radzić. Nie spodziewałam się, że ta moja sytuacja stanie się obiektem drwin podczas szkolnego zebrania z rodzicami. Było mi wstyd i przykro".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Syn jest nowy w tej klasie
Przed wakacjami odeszłam od jego ojca i wróciłam w rodzinne strony. Nie było mnie tu wiele lat, więc i znajomości jakoś się porywały. Syn też nikogo nie zna. Klasa jest już dość zgrana, bo uczniowie są ze sobą od ponad pięciu lat. Rodzice też się chyba lubią, choć wydaja mi się, że są takim kółeczkiem wzajemnej adoracji. Ich sprawa. Ja nie chcę w tym uczestniczyć. Ale też nie chcę być ich wrogiem czy obiektem drwin.
Pierwsze zebranie z rodzicami już się odbyło. Nie lubiłam nigdy takich spotkań, ale muszę przecież wiedzieć, co w trawie piszczy. Poszłam. Delikatnie się spóźniłam, bo nie chciałam wychodzić z pracy prędzej, żeby nie podpaść szefowi. Jeszcze mnie przecież zbytnio nie poznał.
Na początku było dobrze
Wychowawczyni nawet krótko wspomniała, że w klasie jest nowy uczeń i to ja jestem jego mamą. Rodzice z pozoru ciepło mnie przyjęli, chociaż słyszałam już różne szepty za plecami.
Ustaliliśmy składki. Ja powiedziałam wprost, że moim zdaniem są wysokie, ale skoro trzeba, to oczywiście zapłacę.
Zgłosiłam też to, że nie będę wnosić opłaty za radę rodziców, bo to aż 150 zł, a dla mnie to naprawdę dużo.
Rodzice zareagowali żywiołowo i powiedzieli, że przeze mnie może któreś dziecko nie dostanie książki na zakończenie roku. Ale nie zwracałam na to uwagi.

A później pojawił się temat wycieczki
Dwie noce z niewielką ilością atrakcji i dość słabym wyżywieniem za ponad tysiąc zł. Tutaj znów musiałam się postawić. Ja jestem za tym, żeby dzieci się integrowały i jeździły na wycieczki klasowe, ale odpowiednio zorganizowane i może nawet bez noclegu.
Oczywiście, że na wycieczkę można zbierać przez kilka miesięcy, ale to i tak jest spory wydatek.
Okazało się jednak, że jeśli choć jedno dziecko się wyłamie i nie pojedzie, to cała klasa będzie musiała zostać.
Oj, jakże oni się wszyscy zdenerwowali. Ktoś powiedział, że mam sobie drugi etat załatwić, a ktoś inny, że trzeba było siedzieć przy mężu, to problemów finansowych bym pewnie nie miała. Ani nie musiałabym się przenosić i o ni nie mieliby ze mną problemów.
Strasznie mi było przykro. Miałam ochotę po prostu wstać i wyjść, ale poczekałam do końca.
Oczywiście później pojawiła się dyskusja na naszej klasowej grupie. Nie uczestniczyłam w niej. Czytałam tylko do pewnego momentu to, co piszą ci wszyscy zdenerwowani rodzice, ale pewnej chwili opuściłam grupę, bo mnie tam obrażano.
Naprawdę nie rozumiem, jak można być tak nieempatycznym. Ja kiedyś wstanę na nogi, ale teraz mam trudny finansowo czas i jeszcze trochę to potrwa. Co nie znaczy, że mam być dla kogoś obiektem drwin, bo nie sądzę, żebym sobie na to zasłużyła.
Klara