„Czuję się jak w dniu świstaka. Codziennie to samo. Od kilku lat wydaje mi się, że stoję w tym samym miejscu, a każdy mój dzień wygląda identycznie. Wszystko zaczęło się, odkąd skończyłem studia. Dostałem pracę, poślubiłem wybrankę mojego serca, a na świat przyszły nasze córeczki. Żeby uciec od monotonii życia, spróbowałem pewnej rzeczy, ale mam wyrzuty sumienia. Gdyby moja żona się o tym dowiedziała [...]”
Publikujemy list naszego czytelnika. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Zwyczajna codzienność czy dzień świstaka?
Kiedy studiowałem, życie było piękne. Żadnych obowiązków, poza koniecznością pojawiania się na zajęciach, żeby nie skreślili mnie z listy studentów. No w skrócie: życie jak w Madrycie. Nie chcę brzmieć jak jakiś starszy mężczyzna z wąsem, ale muszę to powiedzieć:
Ech, kiedyś to było!
A teraz to... ciągle to samo. Dopadła mnie monotonia życia, a ja czuję, że dłużej tak nie wytrzymam. Wszystko zaczęło się, odkąd skończyłem studia. Dostałem dobrze płatną pracę i poślubiłem dziewczynę z roku, z którą spotykałem się od kilku lat. Po pewnym czasie na świecie pojawiły się nasze dwie, piękne córeczki, a ja mam wrażenie, że moje życie nie ma sensu.
Każdy mój dzień wygląda praktycznie tak samo. Wstaję rano, myję zęby, żona przygotowuje mi kanapki do pracy i daje buziaka, ja po drodze do biura odwożę dziewczynki do przedszkola, spędzam osiem bitych godzin przed komputerem, a następnie wracam do domu, jem obiad, idziemy do parku, kąpiemy córeczki, oglądamy film i idziemy spać. Kiedy wstaję, wszystko wygląda identycznie, tylko pogoda za oknem się zmienia. Zastanawiam się, czy to zwyczajna codzienność, czy dopadł mnie jakiś dzień świstaka?!

Jestem znudzony życiem
Choć kiedyś byłem duszą towarzystwa i nie miałem czasu na nudę, teraz z duszą na ramieniu muszę przyznać, że nie czerpię radości z życia. Odkąd wzięliśmy kredyt, żeby przeprowadzić się do większego mieszkania, pracuję nawet w soboty. Za to niedziele zawsze spędzamy u rodziców — najpierw u moich, a później u teściów. Jest tak przewidywalnie, że mógłbym robić wszystko z zamkniętymi oczami, a i tak nie popełniłbym błędu.
Ostatnio powiedziałem o tym problemie mojemu szwagrowi, a on zaproponował mi, żebym zajarał z nim trawkę. Wcale nie czułem się później lepiej. Chciało mi się tylko jeść, a lodówka była praktycznie pusta. Teraz mam wyrzuty sumienia, że zamiast zrobić coś z moim życiem, ja jak gówniarz uciekam w używki.
Gdyby moja żona się o tym dowiedziała, na pewno miałbym przechlapane, bo ona jest przeciwna wszelkim narkotykom. Już chyba wolę znajomy mi rytm dnia, niż wieczne awantury...
Pan Znudzony, 34 l.