"Jak tak patrzę na tę moją jedyną latorośl, to aż mnie serce z bólu ściska... Starałam się, jak mogłam, dorobiliśmy się z mężem majątku, bo chciałam, żeby wyszedł na ludzi... A on mi wyrósł na takiego melepetę! I jeszcze nic sobie nie da powiedzieć... Biedna ta moja synowa, żal mi i jej, ale teraz już chyba za późno to naprawić..."
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Masz historię do opowiedzenia? Prześlij ją na: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Synek miał jeden obowiązek - pracę
Kto by pomyślał, że na starość przyjdzie mi się wstydzić za tego mojego syneczka... Dobrze się ożenił, fajną synową mam, taką do rany przyłóż, co to do wszystkich podchodzi z szacunkiem, a i w domu dużo potrafi.
Polubiłam ją, tym bardziej że ja też taka byłam... Czasu dla siebie nie miałam, ale czasy były trudne i twarde, to i ja musiałam być twarda.
Wyszłam za mąż z miłości za mężczyznę gołego jak święty turecki. Dorabialiśmy się od zera i przez pierwsze lata małżeństwa, nawet gdy urodziło nam się dziecko, dorobek był na pierwszym miejscu.
Za coś trzeba było żyć i gdzie mieszkać, więc chcieliśmy jak najszybciej się pobudować, to i zarobić musieliśmy sami. Prowadziliśmy sklep z zabawkami, przez co nie miałam czasu się zająć wychowaniem dziecka... Babcia go pilnowała.
A potem, jak już był w szkole, to wymagałam od niego tylko, żeby po szkole pomógł w sklepie do zamknięcia, a potem mógł sobie robić, co chciał. W lekcjach się opuścił... ale to tylko oceny... Za brak czerwonego paska nie dostawał lania. Machaliśmy ręką na to. Uznaliśmy, że nawet jak dwóję dostanie, to po prostu się nie przygotował, a nie, że głupi czy leń...
Nie pomyślałam tylko, żeby mojego syna jedynego też w tych domowych obowiązkach podszkolić — żeby umiał coś ugotować, pokój sobie posprzątać, pranie rozwiesić, gary pozmywać... Nauczyłam go, że żeby mieć, trzeba na to samemu zarobić.
Na studia poszedł, skończył, dyplom przyniósł, to się cieszyła. Potem się ożenił, jeszcze bardziej z radości płakałam. Pracę dobrą miał, dużo zarabiał, na wszystko było go stać...

Teraz jest dorosły i oczekuje, że wszyscy zrobią resztę za niego
Tylko problem wyszedł taki, że mój synek w domu nic nie umie, a skoro nie umie, to nie tyka. I to moja wina, bo ja tego od niego nigdy nie wymagałam... Wychowałam go tak, jak moja teściowa wychowała swojego syna, a mojego męża. Takie wzorce były w domu... Facet miejsce w domu zajmował na kanapie, a reszta była domeną pani domu. Pracować za kasę go nauczyłam, i tyle.
No i kiszka. Teraz inne czasy, młodzi mieszkają daleko, muszą radzić sobie sami, a ona wymaga od mojego synka, żeby był pełnoprawnym domownikiem, a nie tylko finansowym żywicielem rodziny... A nie lokatorem z pilotem w ręku, który tylko odpoczywa po pracy. Kran naprawił, obiad ugotował, gdy ona późno z pracy wraca... Dzieckiem się zajął. Posprzątał, jak jej nie ma.
Wstyd mi za siebie i za niego, że wychowałam go na takiego melepetę, ciamajdę, co to życie domowe go w ogóle nie interesuje i nie ogarnia... Ziemniaki ugotuje i to wszystko, bo od reszty się wymawia. I nie da sobie nic powiedzieć!
Jak kran próbował naprawić, to zalał sąsiadów. Jak makaron próbował ugotować, to wyszła ciapa. Kotletów nie umie rozbić, zamówił gotowe z knajpy. Syna jazdy na rowerze też nie nauczył - synowa nauczyła. Jak ma jej mięso na mielone kupić, to wydzwania, bo nie wie jakie. Na zebranie do szkoły nie pójdzie, bo nikogo nie zna...
Synową podpytywałam, jak jej się z tym moim synkiem żyje, to zachwycona nie była... Jak to człowiek dopiero po latach zdaje sobie sprawę, co robił źle. Ale teraz to już musztarda po obiedzie... Żal mi jej, że musi być służącą...
Teściowa