"Zawsze żyłam w biegu. Kiedy stałam się zupełnie samodzielna, zaczęłam mieć chyba zupełnie inne priorytety. Owszem, pamiętałam o mojej rodzinie, ale jeśli miałam do wyrwania jakąś dobrą fuchę w pracy, to wybierałam to drugie. Mieliśmy taką rodzinną tradycję, że w każdą niedzielę spotykaliśmy się u babci. Wszyscy! Jedliśmy tam babciny obiadek i zajadaliśmy się jej ciastem drożdżowym. Im byłam starsza, tym częściej z tej tradycji rezygnowałam, na rzecz czegoś innego. Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo teraz tego żałuję".
*Publikujemy list od naszej czytelniczki.
W życiu zawsze trzeba wybierać
Gdy byłam dzieckiem, myślałam, że nie ma gorszego wyboru niż ten między cukierkiem a lizakiem. Dla małej dziewczynki to był prawdziwy dramat, wybierać pomiędzy słodkościami, które lubi tak samo.
Ale im byłam starsza, tym bardziej rozumiałam, że w życiu czeka mnie dużo trudniejszych wyborów.
Mieliśmy taką rodzinną tradycję, że spotykaliśmy się co niedzielę na obiadkach u babci. Mówi się, że rosół w zasadzie powinien umieć ugotować każdy, ale mi żaden nie smakuje tak bardzo jak ten babciny. A do tego domowy makaron i wielki kotlet schabowy moczony w mleku z cebulą. Do tego podwójna panierka i ziemniaczki z koperkiem oraz z domową surówką.
Nic nie jest w stanie pobić tego smaku. Nawet kuchnia mojej mamy, które też gotuje wspaniale.
Nic dziwnego, że trudno było mi wybrać między obiadem u babci a pracą.
Ale czasami musiałam to robić
Bliscy tego nie rozumieli. Mówili mi zawsze, że nie wiadomo jak wiele takich wspólnych chwil jeszcze nas czeka i powinnam je docenić. A ja miałam wrażenie, że oni nie rozumieją mnie! Walczyłam przecież o dobre życie, więc te kwestie materialne musiały czasem być dla mnie priorytetem.
A później wyjechałam za pracą za granicę. Do rodziny wracałam raz na pół roku, a i wtedy nie zawsze miałam czas na niedzielne, wspólne obiadki.
Po 3 latach takiego życia uznałam, że tęsknię za bliskimi i pora wracać do Polski na stałe. Zadzwoniłam do mojej babci jako pierwszej. A ona tak się ucieszyła, że aż się popłakała. Zaprosiła mnie oczywiście na obiad, od razu jak wrócę. To nie była niedziela, ale ona uznała, że to takie święto, że możemy ten dzień jak niedzielę potraktować.

Miałam wrócić za dwa tygodnie
Kupiłam bilet, spakowałam wszystkie rzeczy. Na pięć dni przed moim przyjazdem zadzwoniła do mnie mama, żeby mnie poinformować, że babcia umarła.
Nie mogłam w to uwierzyć! Przecież nic na to nie wskazywało. Ale jednak to była prawda.
Wróciłam oczywiście do Polski, ale nasz świąteczny obiad zamienił się w żałobny. A ja naprawdę pożałowałam, że moja babcia przez chwilę przestała być dla mnie priorytetem.
Tęsknię za obiadkami u niej. Za jej ciastem drożdżowym. Ale najbardziej tęsknię po prostu za nią.
Bardzo ją zaniedbałam w tych ostatnich latach. Wydawało mi się, że nic się nie zmieni przez tak krótki okres czasu. Po prostu się trochę dorobię i wrócę i znów będzie tak, jak kiedyś. Myliłam się i gdybym mogła cofnąć czas, wiedząc jednocześnie o tym, jak mało tego czasu zostało mojej babci, robiłabym sobie święto nawet codziennie. Żeby naszych wspólnych niedziel było jak najwięcej.
Gabrysia