"Jest mi tak zwyczajnie, po ludzku przykro. Moja młodsza siostra zawsze była tą osobą w rodzinie, której należało się więcej i która mogła więcej. Ja zaczęłam wychodzić z domu sama pewnie dopiero po podstawówce. Ona chodziła na nocki do koleżanek dużo wcześniej. Choć ja wiem, że spotykała się już wtedy z chłopakami, a nie z koleżankami. Wszystko zawsze uchodziło jej płazem, a kiedy nabroiła coś konkretnie, a można było zwalić winę na mnie, to nikt nawet nie zastanawiał się, czy to prawda. Ja stałam się kozłem ofiarnym i to mnie wytykano palcami. Ja musiałam pracować od najmłodszych lat, żeby mieć jakiekolwiek swoje pieniądze, bo nigdy nie dostałam od rodziców złamanego grosza, a ona miała kasy pod dostatkiem. Teraz gdy jesteśmy już dorosłe, też nic się nie zmieniło".
*Publikujemy list od naszej czytelniczki.
Zawsze czułam się odrzucona
Nie dostałam od moich rodziców zbyt wiele miłości i byłam przekonana, że oni po prostu już tacy są. Kiedy coś się wydarzyło, musiałam pytać i wręcz prosić o to, żeby mnie przytulili. A i tak rzadko to robili. Byli wobec mnie oschli i w pewnym momencie stwierdziłam, że może chcą mnie nauczyć życia. Żebym radziła sobie ze wszystkim sama.
Ale później urodziła się moja siostra. Jest ode mnie młodsza o dziesięć lat. No i rodzice kompletnie oszaleli na jej punkcie. Zaczęło się od kupowania ogromnej ilości ubranek i zabawek. Ja zawsze nosiłam wszystko po kuzynostwie. Często szłam do szkoły w chłopięcych ubraniach, bo nic dziewczęcego akurat nie dostałam.
Pewnie, że wytykali mnie palcami. Ale przywykłam do tego i z czasem przestałam zwracać na to uwagę.
Antonina miała wszystko. Nawet rzeczy, o których ja sama kiedyś bałabym się marzyć.
Ale miała też miłość
Rodzice wciąż ją tulili i opowiadali jej, jaka jest cudowna i jak bardzo ją kochają. Antosia była słodkim dzieckiem i sama też byłam w niej zakochana po uszy od samego początku. To w końcu moja siostra.
Zazdrościłam jej relacji z rodzicami, ale gdy była coraz starsza, powodów do zazdrości miałam jeszcze więcej.
Pamiętam, jak chciałam jechać na obóz. Byłam już pełnoletnia, ale uczyłam się dalej i trudno było mi łączyć pracę z nauką. Zapytałam rodziców, czy dorzucą się do tego obozu. Ten wyjazd był moim marzeniem.
Oni nawet się nie zastanowili i powiedzieli, że mam sobie zarobić. A Tośce kupili nowy rower i kolejne, markowe ciuchy.

Tak było zawsze!
Nie spodziewałam się więc niczego nowego w dniu mojego ślubu. Rodzice przynieśli nam kwiaty i wino, oraz komplet pościeli.
Przy okazji nasłuchałam się też, jak nie wszystko zostało dopracowane i że mogłam się bardziej postarać, bo przecież ciotki będą później komentować.
Tylko że ja starałam się robić wszystko po kosztach, bo finansowałam wesele z moim partnerem. Jego rodzice nam pomogli, ale i tak trzeba było zapłacić sporą sumkę.
W tym roku ślub bierze Tośka. Rodzice dali jej sporą sumkę pieniędzy na organizację wesela, a w ramach prezentu ślubnego ona i jej przyszły mąż już dostali mieszkanie.
I to nie jest tak, że ja jej zazdroszczę. Już nie! Ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego rodzice tak bardzo ją wyróżniają? W czym ja jestem od niej gorsza, że nie zasłużyłam nie tylko na ich pieniądze, ale też na odrobinę ich miłości i wsparcia? To dla mnie naprawdę trudny.
Justa