"Nie ma sensu odmawiać sobie przyjemności tylko dlatego, że jesteśmy nieidealni... Dlatego po latach wiecznego pilnowania i zrzucania wagi w końcu zrzuciłam ją raz na zawsze... z balkonu! Od razu lżej mi się zrobiło na duchu, gdy przestały mnie definiować jakieś cyferki. Mąż odetchnął z ulgą, że w wieku dojrzałym poszłam po rozum do głowy. On zupełnie nie przejmuje się tym, że zamiast kaloryfera... ma z przodu raczej bojler, i to o sporej pojemności. Ja również nie zamierzam się zamartwiać... Życie jest jedno! Co za różnica, ile ważę... Lekka nie jestem, ale przecież nie będę się chować za wydmą ani pływać w swetrze!"
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Od młodości pilnowałam swojej wagi. Z różnym skutkiem
Mam już swoje lata... dzieci odchowałam, wnuków jeszcze się nie doczekałam, ale sporo tzw. etapów życia mam już za sobą.
Pamiętam, że kiedy miałam lat 16, potem 20, 30... i patrzyłam na siebie w lustrze, zawsze wydawało mi się, że czegoś mi brakuje.
Gdy jeździłam jeszcze na kolonie z koleżankami ze szkoły, a potem na pierwszy urlop ze świeżo poślubionym mężem, wstydziłam się tego, że tu i ówdzie miałam fałdki, a z czasem... fałdy ozdobione cellulitem i prążkami rozstępów. Koleżanki i obce kobiety na plaży zawsze wydawały mi się ładniejsze.
To była moja pięta achillesowa. Przez całe życie dbałam o sobie i pilnowałam swojej wagi, ale niszczyła mnie presja.
Im bardziej starałam się pozbyć nadmiaru kochanego ciała dietą, tym wychodziło gorzej, bo jako dorosła kobieta, mężatka, matka i osoba pracująca miałam w życiu więcej obowiązków niż pilnowanie stanu swoich fałdek.
Mąż nie przejmował się brzuchem. W końcu i ja go posłuchałam
Mój mąż dziwił się temu, że taką uwagę przywiązuję do swojej wagi. Zwłaszcza że jego zdaniem wyglądałam całkowicie normalnie, zdrowo i naprawdę nie miałam się czego wstydzić. Śmiał się, że przez całe życie nie można wyglądać tak samo.
On zupełnie nie przejmował się tym, że przez lata zaszedł w ciążę spożywczą i zamiast idealnie wyrzeźbionego kaloryfera... miał z przodu raczej bojler. I to o całkiem sporej pojemności. Tłumaczył mi, że życie jest za krótkie, żeby się tym zamartwiać, ale długo nie docierało to do mnie.
Któregoś razu po kolejnych świętach, po latach zrzucania wagi byłam już tym tak zmęczona i zirytowana, że w przypływie emocji zrzuciłam ją raz na zawsze... z balkonu! Po jaką ch...ę mają mnie definiować jakieś cyferki!
Od tamtej pory ograniczyłam się kontrolowania swojego wyglądu w lustrze. Zaczęłam też regularnie pływać na basenie, bo to kocham. To forma ruchu, która mnie odpręża, wycisza, po wyjściu z chłodnego basenu czuję się rześko i lekko.
Sportowy strój i ręcznik dawały mi jako taki komfort. Za bikini jakoś nigdy nie przepadałam, wolałam wygodę strojów jednoczęściowych.
Musiał minąć naprawdę szmat czasu i doświadczeń, zanim posłuchałam rad męża i w końcu zaczęłam rozumieć, że... doszukiwanie się w sobie wad nie ma sensu, a tej dawnej mnie... niczego nie brakowało! I obecnej mnie też niczego nie brak.
Canva
Pojechaliśmy na wczasy na rafy. Przestałam wstydzić się siebie
Wtedy mój mężuś wyczuł dobry klimat i zaczął usilnie namawiać mnie na wyjazd nad morze, nasze bałtyckie albo gdzieś za granicę — nigdy nie widział na żywo rafy koralowej... Mieliśmy na to odłożoną kasę, ale ja ciągle miałam obiekcje.
Rok temu odważyliśmy się i wykupiliśmy wycieczkę nad Morze Czerwone. Przed wyjazdem zamówiłam sobie modny strój ze wzmocnieniami na brzuchu i wbudowanym porządnym stanikiem, w którym czułam się jak milion dolarów... zamiast taniego basenowego, który podkreślał brzuch i robił z mojego biustu naleśniki. W końcu coś mi się od życia należy! Różnica była kolosalna. Zobaczyłam, że to nie ze mną było coś nie tak, tylko z tym, co miałam na sobie!
I ten wyjazd była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć! Z wyjazdu przywiozłam cudowne wspomnienia, a przede wszystkim ze zdziwieniem odkryłam, że nikomu nie przeszkadzało, jak wyglądam i ile ważę. Nie było oceniających spojrzeń... A ja nie byłam jedyną osobą z cellulitem i brzuchem...
W tym roku jedziemy nad Bałtyk i już nie mogę się doczekać! Zaszalałam i tym razem do jednoczęściowca dokupiłam sobie bikini i pareo.
W końcu nie wstydzę się wychodzić na plażę. Trudno, lekka nie jestem i może już nigdy nie będę, ale przecież to nie powód, żeby chować się za wydmą albo pływać w swetrze. Życie jest za krótkie, żeby się tym zamartwiać.
Życzę Wam, żebyście zrozumieli to szybciej niż ja. Miłych wakacji wszystkim!
Maryla