"Mam 85 lat, wyglądam na 70, a czuję się na 50! Wychowałam dwoje dzieci i pięcioro wnucząt, a teraz pomagam i przy prawnukach. Choć przyznam, że robię to już tylko okazjonalnie – nie żebym nie miała siły, po prostu ile można! Całe swoje dorosłe życie poświęciłam opiece nad dziećmi, dlatego pora w końcu zrobić coś dla siebie. Na 85. urodziny zafundowałam sobie wycieczkę do Pragi. Było wspaniale, pobyt psuły mi tylko ciągłe telefony moich pociech, które nie mogły uwierzyć, że wszystko jest w porządku, a ja czuję się doskonale. Po moim powrocie córki i syn zapowiedzieli, że to był ostatni raz, że to już nie wiek na takie wojaże. Czyli co? Teraz mam się już położyć na katafalku i czekać?"
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Całe życie oddałam dzieciom. Teraz chcę zająć się sobą!
Miałam niełatwe życie, ale nie narzekam. Mąż zmarł młodo, ja zostałam z trójką dorastających dzieci... Musiałam pójść do pracy, choć wcześniej zajmowałam się domem. Nie było lekko, ale dawałam radę. Dzieci szybko się usamodzielniły i założyły własne rodziny, a ja bardzo chciałam nadal być dla nich wsparciem, więc pod swoje skrzydła brałam też wnuki.
Czas leciał, wnuki dorastały, zaczęły pojawiać się prawnuki... W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nigdy nie miałam czasu dla siebie. I to na własne życzenie! Kiedy dzieci dorosły, oferowałam pomoc przy wnukach (a mam ich aż pięcioro!), a cały czas przecież pracowałam zawodowo.
Teraz mam już prawnuki i powiedziałam "stop". Czuję się dobrze, nawet bardzo dobrze, w najśmielszych snach nie podejrzewałam, że będę w takiej formie w wieku 85 lat! Nie mam – odpukać – poważniejszych problemów zdrowotnych, wciąż mam za to mnóstwo energii. Postanowiłam w końcu zacząć robić coś dla siebie.
Według dzieci już nic mnie w życiu nie czeka...
Na wiosnę, z okazji moich 85 urodzin, wybrałam się z przyjaciółką na wycieczkę do Pragi. Pięć dni, wygodny autokar, komfortowy hotel. Wszystko było cudowne, czułam się jak nowo narodzona. Wycieczkę uprzykrzały mi tylko dzieci i wnuki, które kilka razy dziennie dzwoniły, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Z jednej strony bardzo doceniam to, że tak się o mnie troszczą, ale z drugiej... Wydaje mi się, że przesadzają. Ale to dały mi odczuć jeszcze mocniej, kiedy wróciłam. Na niedzielnym obiedzie, gdy pokazywałam im zdjęcia z wyjazdu i zachwycona opowiadałam, jak pięknie jest w Pradze, córki i syn zaczęli tłumaczyć mi, że to już nie jest czas, żebym jeździła na takie wycieczki.
Ależ się uniosłam! Teraz nie jest czas? To kiedy był? Wtedy, kiedy ich wychowywałam, równocześnie ciężko pracując, żeby związać koniec z końcem? Czy wtedy, kiedy zajmowałam się ich dziećmi, żeby mogli spokojniej żyć? Wygląda na to, że według nich swoje już zrobiłam, a teraz powinnam się położyć i wypatrywać kostuchy. Niedoczekanie!
Władysława