„Każdy człowiek ma jakieś cele, do których dąży albo marzenia, które latami siedzą w głowie, ale nie zawsze są możliwe do zrealizowania. Ja musiałam przełknąć gorycz porażki i przywyknąć do tego, że już nigdy nie spełnię swojego największego marzenia. Czasu niestety cofnąć się nie da, bo gdyby się dało, to może pewnych decyzji bym po prostu nie podjęła i dziś byłabym szczęśliwa”.
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Dobro rodziców było dla niej najważniejsze
Jestem najmłodsza z rodzeństwa, więc jakoś tak wyszło, że jako jedyna byłam tak mocno związana z rodzicami. To właśnie mi poświęcali zawsze dużo czasu, a później te role się odwróciły. Starsi bracia zaglądali do rodziców, gdy mieli w tym jakąś korzyść, a nie wtedy, gdy rodzice tego potrzebowali. Do dziś nie mogę zrozumieć tego zobojętnienia.
Ten ich oschły stosunek do mamy i taty wywierał na mnie duże uczucie odpowiedzialności. Gdy podupadli na zdrowiu i trzeba było pomagać im w podstawowych czynnościach, to jako jedyna się do tego poczuwałam. Bracia mieli już swoje rodziny, czym ciągle się tłumaczyli i to z ich strony wyszła propozycja, aby oddać rodziców do domu spokojnej starości, na co oczywiście mojej zgody nie było.
Jako trzydziestodwulatka zostałam opiekunką schorowanych rodziców i najzwyczajniej w świecie się do nich wprowadziłam, żeby było wygodniej. Bez żadnych kombinacji i płacenia opiekunkom, wróciłam do rodzinnego domu. Zrobiłam to przede wszystkim dla nich, ale też trochę dla siebie, aby zgasić męczące mnie od środka ogromne poczucie odpowiedzialności za ich los.

Marzenie o założeniu rodziny legło w gruzach
Kierowałam się dobrem rodziców i nawet bym nie pomyślała, że podjęta decyzja przeszkodzi mi w zrealizowaniu mojego największego marzenia, czyli założenia rodziny. Chłopak, z którym się wtedy spotykałam, wytrzymał pół roku i odszedł, bo nie był w stanie zaakceptować mojego zaangażowania w pomoc mamie i tacie. Tłumaczyłam to sobie tym, że widocznie nie było nam pisane i już.
Z każdym kolejnym rokiem moje życie towarzyskie umierało, a ja żyłam w przekonaniu, że na wszystko mam jeszcze czas. Z tą myślą przewodnią nawet nie wiem kiedy, stuknęło mi czterdzieści lat. Chwilę później zmarł mój tatuś i choć do teraz odczuwam ogromną pustkę, to mam poczucie, że zrobiłam wszystko, żeby w te ostatnie lata życia niczego mu nie brakowało.
Mama wciąż żyje, ale od dłuższego czasu jest mocno osłabiona. Chciałabym, żeby było dobrze, ale pewne rzeczy są w życiu nieuniknione, więc będę musiała jakoś pogodzić się z kolejną stratą. Najbardziej ubolewam jednak nad faktem, że mam 46 lat i nie mam własnej rodziny i zapewne już nigdy mieć nie będę.
Córka