List czytelniczki, która zajęła się chorymi rodzicami i wie, że nie spełni już swojego marzenia

List czytelniczki, która zajęła się chorymi rodzicami i wie, że nie spełni już swojego marzenia

List czytelniczki, która zajęła się chorymi rodzicami i wie, że nie spełni już swojego marzenia

canva.com

„Każdy człowiek ma jakieś cele, do których dąży albo marzenia, które latami siedzą w głowie, ale nie zawsze są możliwe do zrealizowania. Ja musiałam przełknąć gorycz porażki i przywyknąć do tego, że już nigdy nie spełnię swojego największego marzenia. Czasu niestety cofnąć się nie da, bo gdyby się dało, to może pewnych decyzji bym po prostu nie podjęła i dziś byłabym szczęśliwa”.

Reklama

*Publikujemy list naszej czytelniczki.

Dobro rodziców było dla niej najważniejsze

Jestem najmłodsza z rodzeństwa, więc jakoś tak wyszło, że jako jedyna byłam tak mocno związana z rodzicami. To właśnie mi poświęcali zawsze dużo czasu, a później te role się odwróciły. Starsi bracia zaglądali do rodziców, gdy mieli w tym jakąś korzyść, a nie wtedy, gdy rodzice tego potrzebowali. Do dziś nie mogę zrozumieć tego zobojętnienia.

Reklama

Ten ich oschły stosunek do mamy i taty wywierał na mnie duże uczucie odpowiedzialności. Gdy podupadli na zdrowiu i trzeba było pomagać im w podstawowych czynnościach, to jako jedyna się do tego poczuwałam. Bracia mieli już swoje rodziny, czym ciągle się tłumaczyli i to z ich strony wyszła propozycja, aby oddać rodziców do domu spokojnej starości, na co oczywiście mojej zgody nie było.

Jako trzydziestodwulatka zostałam opiekunką schorowanych rodziców i najzwyczajniej w świecie się do nich wprowadziłam, żeby było wygodniej. Bez żadnych kombinacji i płacenia opiekunkom, wróciłam do rodzinnego domu. Zrobiłam to przede wszystkim dla nich, ale też trochę dla siebie, aby zgasić męczące mnie od środka ogromne poczucie odpowiedzialności za ich los.

Reklama

starszy mężczyzna w fioletowej koszuli przytulający starszą kobietę w fioletowym swetrze canva.com

Reklama

Marzenie o założeniu rodziny legło w gruzach

Kierowałam się dobrem rodziców i nawet bym nie pomyślała, że podjęta decyzja przeszkodzi mi w zrealizowaniu mojego największego marzenia, czyli założenia rodziny. Chłopak, z którym się wtedy spotykałam, wytrzymał pół roku i odszedł, bo nie był w stanie zaakceptować mojego zaangażowania w pomoc mamie i tacie. Tłumaczyłam to sobie tym, że widocznie nie było nam pisane i już.

Reklama

Z każdym kolejnym rokiem moje życie towarzyskie umierało, a ja żyłam w przekonaniu, że na wszystko mam jeszcze czas. Z tą myślą przewodnią nawet nie wiem kiedy, stuknęło mi czterdzieści lat. Chwilę później zmarł mój tatuś i choć do teraz odczuwam ogromną pustkę, to mam poczucie, że zrobiłam wszystko, żeby w te ostatnie lata życia niczego mu nie brakowało.

Reklama

Mama wciąż żyje, ale od dłuższego czasu jest mocno osłabiona. Chciałabym, żeby było dobrze, ale pewne rzeczy są w życiu nieuniknione, więc będę musiała jakoś pogodzić się z kolejną stratą. Najbardziej ubolewam jednak nad faktem, że mam 46 lat i nie mam własnej rodziny i zapewne już nigdy mieć nie będę.

Córka

Źródło: AKPA
Reklama
Reklama