"Kiedy byłam w ciąży, myślałam, że jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Tak długo staraliśmy się o dziecko! A kiedy przyszło na świat... tragedia. Nie byłam w stanie nic przy nim zrobić, całymi dniami płakałam. Mój mąż powiedział, że po prostu jestem leniwa, a kiedy mu powiedziałam, że chyba mam depresję stwierdził, że "naczytałam się głupot" i że to "wymysł dzisiejszych czasów". Przez niego prawie wydarzyła się tragedia!"
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Pragnienie dziecka
Od kiedy pamiętam, chciałam być matką. Już jak byłam małą dziewczynką mogłam godzinami przebierać, bujać i wozić w wózeczku moją lalkę. Obiecałam sobie, że kiedyś będę miała dużą rodzinę i co najmniej trójkę dzieci – najlepiej dwie dziewczynki i chłopca. Niestety, rzeczywistość zweryfikowała, że dziecięce marzenia mają się nijak do rzeczywistości.
Najpierw przez długi czas szukałam odpowiedniego kandydatka na męża i ojca moich dzieci. Jak już go znalazłam to okazało się, że zajście w ciążę wcale nie jest taką prostą sprawą. Dwie pierwsze ciąże poroniłam. Bardzo mnie to dotknęło. Na trzecią ciążę czekałam prawie trzy lata. Już straciłam nadzieję, kiedy okazało się, że jestem w ciąży. Byłam wniebowzięta!
Oszczędzałam się jak mogłam, ciągle chodziłam na kontrole lekarskie, żeby znowu nie poronić. W miarę postępu ciąży, moje marzenie o założeniu rodziny w końcu nabierało kształtów. Byłam naprawdę szczęśliwa. Razem z mężem jeździliśmy po zakupy dla maluszka. Urządzaliśmy mu pokój, czytaliśmy o tym, jak najlepiej się przygotować na dziecko, kupowaliśmy wyprawkę w najlepszych sklepach. Nie mogłam się doczekać, kiedy zobaczę mojego dzidziusia, tak wyczekanego.

Poród całkowicie mnie zaskoczył. Oczywiście, słyszałam o bólu, ale czytać a przeżyć na własnej skórze to, jak się okazuje, kompletnie co innego. Przeżyłam prawdziwe piekło, które ciągnęło się przez całą dobę. Kiedy już urodziłam Michałka, nawet nie miałam siły na niego spojrzeć, nie mówiąc o wzięciu go na ręce. Mój mąż był za to w siódmym niebie. Tulił i bujał Michałka, a do tego płakał. Ja tylko chciałam spać.
Depresja poporodowa
Myślałam, że moje pierwsze odczucia są spowodowane szokiem porodowym. Wydawało mi się, że to niemożliwe żeby przejść takie tortury i się cieszyć z niemowlaka, który – jakby nie patrzeć – wszystko to spowodował. Ale patrzyłam na inne kobiety w szpitalu, i każda z nich wpatrywała się w swoje dziecko, jakby nie widziała nic wspanialszego na świecie. Ja nie byłam w stanie.
Po powrocie do domu miało być lepiej – w końcu czekał na nas urządzony z taką miłością pokoik oraz rodzina, ale było jeszcze gorzej. Naprawdę. Nagle znalazłam się sama w domu z tym płaczącym noworodkiem. Nie wiedziałam, jak to się stało że jeszcze kilka dni temu jak był w moim brzuchu tak na niego czekałam, a teraz nie mogłam nawet na niego patrzeć. Chciałam uciec, odejść, zrobić cokolwiek, żeby odzyskać starą wersję siebie. Nie było takiej możliwości. W dodatku mąż nie bardzo pomagał. Codziennie chodził do pracy, a potem wracał i przejmował ode mnie dziecko. Pewnego dnia zobaczył, że jestem cała zapłakana. Zapytał, czy coś się stało. Próbowałam mu wyjaśnić, że nie mogę się już zajmować dzieckiem i że mam chyba depresję poporodową.
Posłuchaj, może przyzwyczaiłaś się do tego lenistwa w ciąży i teraz po prostu ci się nie chce zajmować Michasiem. Ale szczerze mówiąc, kiepsko by to o tobie świadczyło
- powiedział mój mąż.
Ale cokolwiek by to nie było, nie wymyślaj już z tą depresją. Nie słyszałaś, że to wymysł naszych czasów? Gdzie się w ogóle tego naczytałaś
- powiedział kpiąco.
Po tej rozmowie czułam się podwójnie zraniona. Wydawało mi się, że nie ma już osoby, której mogę się zwierzyć. Miałam najgorsze myśli… Nie będę nawet mówić jakie. Ale wtedy zadzwoniła moja koleżanka i po wysłuchaniu mnie, przyjechała i zabrała mnie do terapeuty. Teraz wiem, że byłam o krok od tragedii. I że depresja poporodowa jest bardzo częsta. A mój (jeszcze) mąż właśnie pakuje walizki.
Sylwia