"Całe życie przepracowałam w korporacjach. Na różnych stanowiskach – od recepcjonistki, po kierowniczkę działu. Szczerze powiedziawszy, pod koniec tej "kariery" nienawidziłam już swojej pracy i swojego życia. Okazuje się, że wystarczyła jedna mała zmiana, i całkiem odżyłam! Dzisiaj jestem innym, lepszym człowiekiem".
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Kariera w korpo
Nazywam się Joanna i mam 44 lata. Większość mojego życia spędziłam pracując w korporacjach. Zaczęłam mając zaledwie 20 lat. Dorabiałam wtedy do studiów na recepcji. Szło mi dobrze i byłam komunikatywna, więc szybko awansowałam. Po studiach mogłam się całkiem poświęcić pracy w firmie. Przyznam, że na początku mnie to kręciło. Eleganckie ubrania, zadbane biurowce i przeszklone windy… Ludzie, którzy zachowywali się, jakby wykonywali najważniejszą pracę na świecie, bez której z pewnością stałaby się tragedia. Dałam się w to wciągnąć. Jednak, im dłużej tam pracowałam i wyższe stanowiska zajmowałam, tym praca coraz bardziej pochłaniała moje życie. Zostawałam po godzinach, bo bałam się co pomyślą o mnie inni. Z towarzyskiej dziewczyny stałam się prawdziwym pracoholikiem.
W pewnym momencie otrzymałam bardzo intratną propozycję od konkurencji – prestiżowe stanowisko, wyższa pensja, cały zespół do zarządzania. Od razu się zdecydowałam. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów, ale zwolniłam się z mojej pierwszej firmy i wypłynęłam na szerokie wody. Niestety, po krótkim czasie okazało się, że to nie szerokie wody a prawdziwe bagno. Przez cały czas przełożeni wymagali ode mnie coraz bardziej wyśrubowanych wyników. Bez przerwy czułam na sobie presję, a w krytycznym momencie, odreagowywałam na moich pracownikach. Wiem, że płakali przeze mnie w łazience i obgadywali mnie na korytarzach. Kilka osób się nawet zwolniło albo poszło na zwolnienie. To dało mi do myślenia. Nie byłam nigdy takim człowiekiem. Z bólem serca, ale i z wielką ulgą zwolniłam się z tej firmy i zaczęłam pracę w trzeciej i ostatniej już w mojej karierze korporacji. Tu szło mi całkiem nieźle. Nie miałam na co narzekać. Wreszcie spałam spokojnie w nocy i przestałam odczuwać tą okropną presję i bezustanny stres.

Mała zmiana, wielka zmiana
I wtedy przyszedł COVID i zaczęły się zwolnienia. Jako osoba z najkrótszym stażem poleciałam w pierwszej kolejności. Nikt nie zastanawiał się nad tym, z czego będę teraz żyć. Wtedy przeżyłam prawdziwą gehennę. Zdałam sobie sprawę, że mam już 40 lat i najlepsze lata mojego życia ofiarowałam w gruncie rzeczy bezsensownej pracy. Owszem, dzięki mojej pensji mogłam sobie pozwolić na zakup mieszkania na kredyt oraz miałam szafy pełne drogich ubrań. Ale co miałam z nimi teraz zrobić, kiedy nawet na ulicę nie można było wyjść?
Wtedy stwierdziłam, że to chyba czas najwyższy, żeby zrobić coś ze sobą. Zawsze ciągnęło mnie do matematyki i informatyki. Byłam zresztą inżynierem z wykształcenia. Korzystając z sytuacji zapisałam się na kursy online i w ciągu kilku miesięcy się przebranżowiłam. Miałam taką możliwość dzięki oszczędnościom – sprzedałam też moje „drogocenne” ciuchy. Zanim znalazłam pracę w nowym zawodzie wyjechałam na kilka miesięcy na wolontariat do Afryki. Tam poznałam, jak naprawdę smakuje życie. Przez pierwsze dwa tygodnie cały czas płakałam, bo nie mogłam uwierzyć co mnie ominęło przez ostatnie 20 lat. Ale potem pomyślałam, że oto właśnie moje życie zaczyna się na nowo. Po powrocie z wolontariatu znalazłam zdalną pracę w IT. Wynajęłam moje mieszkanie, spakowałam się i kupiłam bilet w jedną stronę do Tajlandii.
Dzisiaj już drugi rok pracuję zdalnie. Odwiedziłam w tym czasie mnóstwo pięknych krajów, zwiedziłam niesamowite miejsca. Poznałam wielu przyjaciół, w tym mojego narzeczonego, Johna. Wystarczyła jedna zmiana, aby całe moje życie się odmieniło. I za to jestem codziennie wdzięczna losowi.
Joanna