"W sobotę w naszej rodzinie było wesele, na które byliśmy zaproszeni. Nie mogliśmy jednak przyjechać, bo w ostatniej chwili coś nam wypadło. Dzwoniłam w piątek do młodej, przepraszałam, a ona powiedziała, że to żaden problem. Jednak po weekendzie zapukał do nas kurier. Zdziwiłam się, bo niczego nie zamawiałam... Okazało się, że para młoda przysłała nam rachunek na 800 zł za talerzyki, które za nas opłacili. CO za tupet!"
*Publikujemy list od czytelniczki
Z nagłych przyczyn nie mogliśmy jechać na wesele
Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam! Od dłuższego czasu cieszyliśmy się, że w końcu będziemy mogli spotkać bliższą i dalszą rodzinę na weselu. Od lat nie było już takiej okazji.
Uszykowałam sobie piękną sukienkę, a mąż odświeżył garnitur, w którym kiedyś sam szedł do ślubu. Oczywiście, potwierdziliśmy obecność w terminie, bo nawet nie braliśmy pod uwagę, że mogłoby nas zabraknąć na tej uroczystości.
Stała się jednak rzecz nieprzewidziana, ponieważ na kilka dni przed uroczystością mojego męża strasznie rozbolał ząb. Mieliśmy nadzieję, że do soboty mu przejdzie...
Ale po wizycie u dentysty okazało się, że sprawa jest poważniejsza i wdały się już jakieś komplikacje. Mąż strasznie spuchł z jednej strony, jego policzek wyglądał jak balon. Nie wyglądało to dobrze...
Koniec końców, okazało się, że mąż musi iść na kilka dni do szpitala, by przejść pod narkozą zabieg usunięcia ósemki. Co za pech, że akurat wtedy!
Odwiozłam go w czwartek, a w piątek miał trafić na stół. Nie miałabym głowy do tego, żeby bawić się sama na tej imprezie, podczas gdy on leży w szpitalu... Inna sprawa, że wesele miało być 200 km od naszego domu, a ja nie mam prawo jazdy. To mąż prowadzi... Zostałam więc bez możliwości dojazdu.

Zadzwoniłam do panny młodej i wyjaśniłam sytuację
Nie miałam więc wyboru i zadzwoniłam do przyszłej panny młodej, żeby opowiedzieć im, co się wydarzyło, i przeprosić, że jednak nie będziemy mogli być obecni na ich ślubie i weselu. Zdawałam sobie sprawę, że termin rezygnacji z miejsc już minął, ale pewnych rzeczy się nie przewidzi.
Panna młoda zapewniła, że to nie kłopot, nic wielkiego się nie stało. Życzyła mężowi szybkiego powrotu do formy. Myślałam, że sprawa jest zamknięta.
Po weselu dostaliśmy rachunek za zmarnowane miejsca
Jakie było moje zdziwienie, gdy po weekendzie zapukał do moich drzwi kurier. Chyba jakoś pomyłka, ja niczego nie zamawiałam... Okazało się, że w przesyłce były winietki, podziękowania dla gości, kilka zmaltretowanych w drodze kawałków ciasta i... największy hit: rachunek za talerzyki!
Państwo młodzi domagali się, abyśmy zapłacili 800 zł za naszą nieobecność i wykupione jedzenie. Skandal! Całe szczęście, że nocleg załatwialiśmy i odwoływaliśmy sobie sami, bo jeszcze za to gotowi nam byli doliczyć.
Takiej zagrywki z ich strony się nie spodziewałam, tym bardziej że w rozmowie panna młoda nawet się nie zająknęła, że coś jest nie tak. Planowaliśmy, jak już mąż wyjdzie ze szpitala i wydobrzeje, jechać do nich w innym terminie z prezentem ślubnym. Ale teraz? Niedoczekanie!
Nie wiem, jakim trzeba być nieogarniętym towarzysko i finansowo, żeby coś takiego wymyślić... Podobno nie byliśmy jedynymi, którzy nie przyjechali, ale na litość, to nie było nasze widzimisię, tylko siła wyższa. A koszty mieli wkalkulowane z góry...
Za coś takiego mam ochotę zerwać z nimi kontakt.
Wkurzona kuzynka