"Jestem z moim partnerem bardzo szczęśliwa. Mam pewność, że to ten jedyny. Facet mojego życia i nie muszę i nie chcę rozglądać się za innym. Kocham go i nie wyobrażam sobie codzienności bez niego. Ale jest temat, w którym się kompletnie nie dogadujemy, a mianowicie - ślub. Tomek bardzo nalega, a ja nie chcę! Mam swój ważny powód i nie zmienię zdania. Niestety partner mnie nie rozumie, przez co regularnie się ostatnio kłócimy. Sama już nie wiem, co mam robić".
*publikujemy list czytelniczki
Jestem w szczęśliwym związku
Od wielu miesięcy jestem w szczęśliwym związku. W moim przypadku sprawdziło się powiedzenie, że najciemniej pod latarnią. Spotykałam się z różnymi chłopakami, ale przez cały ten czas przyjaźniłam się też z Tomaszem.
To taka znajomość jeszcze z czasów piaskownicy. Znaliśmy się świetnie, bo wiedzieliśmy o sobie wszystko, ale jakoś tak żadne z nas nigdy nie pomyślało o tym, żeby stworzyć coś wspólnie.
Ja chyba bałam się konsekwencji. Przyjaciel teoretycznie może być na całe życie. Z partnerem natomiast bywa różnie. A nas łączyło naprawdę coś wyjątkowego.
No i pewnego wieczoru, poszłam wypłakać mu się w ramię. Skończyło się w łóżku. Kompletnie o tym nie myśleliśmy, a po wszystkim stwierdziliśmy, że może jednak warto zacząć traktować się w trochę inny sposób.
Mi jest dobrze tak, jak jest
Ale Tomasz od pewnego czasu intensywnie próbuje mnie namówić na ślub.
Oczywiście wcześniej były zaręczyny i to bardzo romantyczne, choć Tom raczej romantykiem nie jest. Ale doskonale wie, że ja uwielbiam takie klimaty.
Zrobił mi tym ogromną przyjemność, a ja nie mogłam przestać płakać ze wzruszenia.
Ale myślałam, że to przyjęcie oświadczyn potraktuje raczej tak symbolicznie, bo wielokrotnie mu mówiłam, że nie chcę żadnego ślubu.

Mam swój powód
Tomek uważa, że mój powód jest wręcz banalny. No i może ma rację, ale ja sądzę, że nie warto brać ślubu. No dobrze, może warto byłoby to załatwić w urzędzie, w obecności świadków i żadnych więcej gości, ale kiedy pomyślę sobie, że on chce zorganizować wesele z prawdziwego zdarzenia, to łapię się za głowę.
Przecież to masa pieniędzy! I właśnie o to mi chodzi. Po co mam wydawać na przyjęcie weselne kilkadziesiąt tysięcy, skoro możemy ten wydatek pominąć?
Tomek ma takie podejście, że ślub weźmie tylko raz w życiu i chciałby sobie w tym dniu stworzyć mnóstwo pięknych wspomnień i ja naprawę go poniekąd rozumiem. Ale budujemy się. Planujemy powiększenie rodziny - chcielibyśmy mieć trójkę dzieci. Przecież na to wszystko potrzeba pieniędzy.
W dodatku ja tak naprawdę wolałabym chyba wyjechać w dłuższą podróż, niż płacić za poczęstunek dla gości.
Może ma jakieś mało nowoczesne podejście albo właśnie na odwrót?
Faktem jest, że kłócimy się o to z Tomkiem, choć nigdy wcześniej nie było między nami żadnej kłótni. Ja wiem, że mam rację, ale też nie chcę go ograniczać w spełnianiu marzeń. Może udałoby nam się pójść na jakiś kompromis? Na przykład mniejsze wesele? Albo samodzielnie zorganizowany poczęstunek?
Ja mogłabym bawić się nawet w sadzie, przy ognisku i z domowym winem. Nie potrzebuję przepychu i drogich dodatków. Byle razem.
Karolina