"Nie chcę, żeby Kaśka poszła do pracy. Jestem spokojniejszy, gdy wiem, że dba o nasz dom i o dzieci. Zrobi zakupy, ugotuje posiłki i po prostu tam jest. Gdy przyjeżdżam, wita mnie w drzwiach i ja właśnie tego chciałem w życiu. Ale żona ostatnio wspomina o tym, że chciałaby iść do pracy po to, żeby mieć swoje pieniądze. Ja jej przecież daję na fryzjera, na kosmetyczkę, kupuję jej ubrania i kiedy czegoś potrzebuje, to wystarczy, że poprosi o pieniądze - zawsze jej dam. Nie wyobrażam sobie, żeby wychodziła z domu do etatowej pracy. Znalazła więc inny sposób na zarabianie. Oczekuje ode mnie pieniędzy za dbanie o dom! A kwota, jaką mi rzuciła, dosłownie mnie zmroziła!"
*publikujemy list od czytelnika
Długo się z żoną dogadywałem
Kompletnie nie mieliśmy problemu z porozumieniem. Od początku było ustalone, że Kaśka zajmuje się domem, a ja pracuję na rodzinę.
Gdy przyszły na świat nasze dzieci to też było oczywiste, że nie pójdą do żłobka. Kasia sama chciała spędzić z nimi jak najwięcej czasu, który przecież tak szybko ucieka.
Dbała więc i o dom i o nasze pociechy, ale miała czas dla siebie. Gdy wracałem z pracy, zajmowałem się dziewczynkami z radością, a ona mogła wyjść na kawkę z koleżankami czy do kina, czy gdzie tam jeszcze chciała.
Wystarczyło, że poprosiła o pieniądze i rzuciła konkretną kwotą, a ja nie miałem problemu, żeby jej tę kasę dać.
Ale ostatnio zmieniła podejście
Dziewczynki chodzą już do przedszkola i ona uznała, że w związku z tym mogłaby tak naprawdę pójść do pracy.
Wcale nie chciałem o tym słyszeć. Kto miałby zająć się domem? Gotować obiady? Czy dałaby radę odbierać córeczki z przedszkola i je tam zawozić? A co, gdyby one zachorowały? Przecież nikt nie da jej w pracy tyle wolnego, a na początku dzieci często chorują.
Nie spodobał mi się ten pomysł i gdy powiedziałem o swoich argumentach, ona stwierdziła, że nie chce więcej prosić mnie o pieniądze.
Nie rozumiem tego podejścia, bo przecież nigdy jej nie żałowałem. Chciałem tylko wiedzieć, na co je wydaje. Nie zawsze nawet pokazywała mi paragony, a ja o to nie prosiłem.
Dałem jej do zrozumienia, że nie zgodzę się na takie rozwiązanie, a ona wtedy wymyśliła coś innego.

Chce ode mnie pensję, za zajmowanie się domem
Żeby już nie musiała prosić o pieniądze i tłumaczyć się ze swoich wydatków. Rozmawiałem o tym z moimi kolegami i wyznali, że oni dają swoim żonom tak zwane kieszonkowe - w granicach tysiąca złotych miesięcznie.
Zaproponowałem takie rozwiązanie swojej żonie, ale ona chciała więcej. Wypunktowała mi wszystkie czynności, jakie w domu wykonuje i każdą wyceniła. Mnożąc to wszystko przez liczbę dni w miesiącu, wyszła mi naprawdę jakaś zawrotna kwota, rzędu kilku tysięcy złotych.
Czuję się upokorzony. Żona chce traktować mnie jak bank, bo tak to wygląda.
Przecież wiele kobiet zostaje w domu, jeśli ich mężów stać na utrzymanie rodziny. Ja rozumiem, że to praca w domu też jest ciężka, ale żeby dostawać za to pensję? I to jeszcze tak wysoką?
Chyba po raz pierwszy w życiu pokłóciłem się o coś z żoną tak bardzo. Ale dotknęło mnie to i na pewno nie zgodzę się na jej warunki.
Powinienem negocjować? Czy zostawić ten temat tak po prostu i liczyć na to, że odejdzie w zapomnienie?
Grzegorz