"Moje wesele było zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. To nie miała być huczna impreza, w której jest nadmiar gości, zabaw, alkoholu i jedzenia, ale eleganckie przyjęcie z klasą. Starannie dobrana lista zaproszonych osób, idealnie skomponowana paleta kolorów przewodnich, wyszukane potrawy. Przede wszystkim jakość! Majka, jedna z moich najbliższych przyjaciółek, doskonale o tym wiedziała. A mimo to zrobiła coś, co zniweczyło moje miesiące przygotowań i doprowadziło mnie do łez!"
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Wesele z klasą. To był mój cel!
Nie znoszę tych wielkich, przaśnych wesel. Milion gości, jedzenie przynoszone w wiadrach, żenujące zabawy. Totalne bezguście. Od zawsze wiedziałam, że moje przyjęcie weselne będzie inne. I takie zaczęłam planować, kiedy tylko ustaliliśmy z moim narzeczonym datę ślubu.
Dokładnie wiedziałam, czego chcę, wyzwaniem było tylko znalezienie wykonawców na odpowiednim poziomie. Ale udało się! Zarezerwowałam restaurację, która spełniała moje wymagania: miała doskonałą kuchnię, harmonijne kolory we wnętrzu i niewielki ogród z zadbaną zielenią. Poszukiwania sukni w idealnym odcieniu kości słoniowej zajęło sporo czasu, fakt, ale miało być perfekcyjnie!
Ostra selekcja gości? Cóż, to mój dzień, ja decyduję
Starannie układałam listę gości. Wiadomo, najbliższa rodzina musiała być, na szczęście moja jest na poziomie, ale wśród ciotek i kuzynek była już ostra selekcja. Zbyt dobrze pamiętam poczucie zażenowania, jakie miałam na różnych imprezach rodzinnych, kiedy niektóre osoby za dobrze się bawiły! U mnie było to wykluczone.
Najbliższe koleżanki, oczywiście te zaproszone, na bieżąco śledziły moje przygotowania. Mamy wspólną grupę na Facebooku i tam wrzucałam różne moje pomysły i zdjęcia. Świetnie wiedziały, czego mogą się spodziewać i czego ja od moich gości oczekuję.
Majka to moja przyjaciółka jeszcze z liceum. Siedziałyśmy w jednej ławce, po szkole też byłyśmy nierozłączne. Później nasze kontakty nieco się rozluźniły, wiadomo – dorosłe życie, ale zawsze wiedziałyśmy, że w razie potrzeby możemy na siebie liczyć. Majka od kilku lat mieszka za granicą, nie widziałyśmy się naprawdę długo, ale z moimi przygotowaniami do ślubu była dzięki Facebookowi na bieżąco.
Majka myślała, że jest zabawna. A zepsuła wszystko!
Przyznam, że podczas samego ślubu Majki nie zauważyłam. W kościele było sporo osób, ja byłam zaaferowana ceremonią, wiadomo. Ale kiedy dotarliśmy już do restauracji i wszyscy zaproszeni na wesele goście stanęli przed wejściem, oniemiałam. W gronie gustownie ubranych, eleganckich gości zobaczyłam Majkę w różowo-zielonej sukience ze złotymi cekinami. Doskonale znałam ten ciuch. Kupiłyśmy sobie takie same kiecki w trzeciej klasie liceum. Wtedy byłyśmy nimi zachwycone.
Kiedy Majka podeszła, żeby złożyć nam życzenia, nachyliłam się do niej i wycedziłam przez zęby:
Co ty masz na sobie? Co to w ogóle za pomysł???
Moja przyjaciółka odpowiedziała z szerokim uśmiechem:
Pamiętasz? W liceum obiecałyśmy sobie, że włożymy je na swoje śluby! Zmieściłam się w nią, juhuuu!
Sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie zauważyła, że coś jest nie tak. Że jest różowo-zielonym intruzem w idealnej beżowej przestrzeni z elementami subtelnej lawendy!
Wesele było dla mnie skończone. Gdziekolwiek nie spojrzałam, zawsze widziałam JĄ. Zadowoloną, bawiącą się jakby nigdy nic. Błyszczącą. W krzykliwych kolorach. W tandetnej sukience, która nawet te kilkanaście lat temu była wątpliwa estetycznie.
Fotograf ma nam pokazać zdjęcia z wesela za parę dni. Nie chcę ich oglądać. Wiem, co tam zobaczę. Albo raczej kogo. Jak ona mogła mi to zrobić?
Monika