"Jeszcze żadne moje święta nie były wyjątkowe. W zasadzie za każdym razem to wygląda tak samo. Przyjeżdża rodzina i wszystko szykujemy, a potem wszyscy jemy, jemy i jemy. Myślałam, że te święta będą inne, że może coś mi po nich zostanie, że może skorzystam z okazji i chociaż zachomikuję troszkę jedzenia. Myślałam..."
Publikujemy list naszej czytelniczki.
To nie były super święta
Święta w moim domu za każdym razem wyglądają tak samo. Przyjeżdża rodzina ze wsi kilka dni wcześniej. Ja już oczywiście tydzień wcześniej biorę urlop, żeby zaczynać ogarniać, a kończę wspólnie z moimi najbliższymi.
Jedzenia jest co niemiara. Tłuste kiełbasy — i te kupcze i te własnej produkcji. Serniki — zazwyczaj trzy rodzaje, szarlotki — kilka upieczonych blach. Jaja — kilkanaście rodzajów. No trzeba przyznać, że zawsze jest absolutnie wszystko i nie ma na co narzekać.
Ja to pracuję w Warszawie w sklepie na kasie i jak opłacę wynajem i podstawowe rachunki, to tylko tyle, że mi starcza do 1. na styk. Zawsze więc mam taką cichą nadzieję, że coś zostanie mi na potem, na po świętach. Wiecie, że nie zjedzą wszystkiego, a potem będę mogła to mrozić, chomikować i przez miesiąc jeść. Za każdym jednak razem moje nadzieje są płonne.
W te święta, jak zresztą, jak i w każde inne, wujek pokłócił się o politykę z dziadkiem, a ciotka zazdrościła drugiej ciotce "czegoś tam". W sumie nie wiem już nawet czego.
Nie zabrakło też typowych rozmów przy stole, jak ciotka mówi do mamy: ty byś mi dała tu (i wskazuje na biust), na co mama odpowiada: a ty byś mi dała tu (i wskazuje na biodra).
Krótko mówiąc, za każdym razem są to takie typowe święta, jak z tych zabawnych filmów na TiK Toku. Nic, tylko z tego szydzić.
Po świętach zostałam tylko z obowiązkami
Jak już wspomniałam, liczyłam, że no wreszcie po tych świętach zostanie mi jakieś jedzenie.
Niestety, ale jak zadowoleni goście po dwóch dniach biesiadowania wyjechali, to zostawili mi tylko: ogromny bałagan w domu (będzie pewnie tydzień sprzątania) i wszędzie porozrzucane resztki jedzenia. W skrócie: brud, smród i ubóstwo.
Nie bez powodu mówię "ubóstwo". Liczyłam, że zostawią mi jakieś jedzenie. Chociaż trochę sernika, szarlotki, pęto kiełbasy... Myliłam się. Nie ma nic pożytecznego.
Było tak dużo jedzenia, a oni napchali te pełne buzie do pełna i nie zostawili absolutnie nic.
Jestem w absolutnym szoku. Nie dość, że będę się musiała nasprzątać przez tydzień, to jeszcze nic nie udało się zachomikować. I gdzie tu sprawiedliwość?
Tylko tyle, że się nażarłam na zapas i to do granic swoich możliwości, ale co to w zasadzie da. Nie dość, że wyglądam, jakbym była w 4. miesiącu ciąży, to jeszcze nie mam siły na sprzątanie.
Ania