"Było pięknie i wzruszająco, to był idealny pogrzeb. Wydawało się, że nic tego nie zepsuje, a wtedy na cmentarz przyszła ona! Ubrała się jak jakaś lafirynda — w czarną spódnicę przed kolano i czarne kabaretki. Gdyby tego było mało, trzymała w rękach czerwoną różę z jakimś kartonikiem! Nigdy nie widziałam tej Maryśki, ale od razu wiedziałam, że to ona. Kobieta wyczuje takie rzeczy".
*Publikujemy list od czytelniczki.
Mój Bronek miał swoje potrzeby
Mój Bronek nie był osobą bez grzechu — trzeba to powiedzieć jasno. Za kołnierz nie wylewał i lubił pójść w tango. No i miał te swoje, jak to się mówi, potrzeby. Ja urodziłam mu dwójkę dzieci i już nie widziałam sensu, żeby jeszcze wyczyniać jakieś akrobacje łóżkowe.
Zresztą Pan Bóg jasno powiedział — miłość trzeba uprawiać po to, żeby się rozmnażać, a nie dla przyjemności. No i ja się z tym jak najbardziej zgadzam.
No a Bronkowi ciągle było mało i mało, on chciał to robić aż do śmierci. Na początku się do tego zmuszałam, bo uważałam, że to obowiązek żony trochę ulżyć mężowi. Ale z czasem już zwyczajnie nie miałam na to ani siły, ani ochoty. Poza tym Bronek był już po 50-stce!
Dlatego, kiedy mój Bronek znalazł sobie nowe hobby, gry karciane, odetchnęłam z ulgą! Bronek wyraźnie się zmienił i już przestał cały czas ględzić "o tych rzeczach".
Wkrótce stało się to jego cotygodniową tradycją — zawsze w piątek jeździł do sąsiedniej wsi do sołtysa na te swoje gry. Wracał nad ranem wyraźnie jeszcze wesoły i rozluźniony. No i przestał mi w końcu zawracać głowę — wilk był syty i owca cała!
Wkrótce jednak ludzie po wsi zaczęli gadać, że w tej sąsiedniej wsi widują go z jakąś Maryśką. Sąsiadka powiedziała mi przez płot, że ludzie plotkują, że z tą Marią on wyczynia jakieś straszne rzeczy! Podobno widzieli ich, jak szli razem pod rękę, a nawet poszli razem na dancing do remizy.
Na początku wyśmiałam te plotki, ale później wszystko sobie złożyłam w jedną całość. Gdy po którymś piątku robiłam pranie Bronkowi, wywąchałam kołnierz koszuli, no i faktycznie — pachniał damskimi perfumami, jakąś Panią Zalewską, czy jak jej tam. Na kołnierzu dostrzegłam nawet ślady szminki.
Na początku oniemiałam. Ale później zaczęłam się zastanawiać. No i może mój Bronek ma jakąś Maryśkę, ale czy mi z nim jest źle? Może i w piątki idzie w tango, ale dzięki temu przez cały tydzień mam spokój i Bronek jest przykładnym mężem.
Przestaliśmy się kłócić o te rzeczy, a ja w piątki też miałam swój rytuał — pielęgnowałam swoje kwiaty i dbałam o mój ogród, czyli robiłam to, co kocham najbardziej.
Dlatego od tego momentu puszczałam mimo uszu doniesienia o tej Maryśce. Co mnie tam obchodziło, co on robi raz w tygodniu? Może i grzeszył, ale już pan Bóg go rozliczy po śmierci.
Bronkowi zepsuło się serce
W zeszłym roku Bronkowi wyraźnie pogorszyło się zdrowie. Serce. Migotanie przedsionków. Lekarz powiedział, że jak nie zwolni, to będzie źle. Na początku się zdziwiłam — bo przecież Bronek prawie nic w domu nie robił i już nie pracował, więc z czym ma niby zwalniać? Ale za chwilę przypomniałam sobie o Maryśce:
No tak...
- zrugałam siebie sama w myślach. Jak mogłam o niej zapomnieć?
Po tym wydarzeniu Bronek nawet raz odpuścił sobie ten piątkowy wyjazd na gry karciane, ale tak wtedy nudził, że prawie mnie sam wykończył! Dlatego mimo problemów zdrowotnych kolejny raz już pojechał, a ja nie miałam mu tego za złe.
No i wtedy to się stało. Zawał. Karetka przyjechała do remizy na zabawę. Co za wstyd! Cała wieś się dowiedziała, co mój Bronek tam robił! Akcja była szybka, odwieźli go do szpitala, ale nie udało się już go uratować.
Kochanka zniszczyła pogrzeb mojego męża!
Pogrzeb Bronka odbył się w zeszłym tygodniu. Na ten jeden dzień wyszło słońce. Na ceremonię zjechały się nasze dzieci — córka z Londynu, a syn z dużego miasta. Przyszły wszystkie sąsiadki z naszej wsi, przyjechała bliższa i dalsza rodzina, której nie widziałam od wielu lat.

Do tego ksiądz wygłosił piękne kazanie, by doceniać każdy dzień, bo nie wiadomo, kiedy nas św. Piotr wezwie do siebie. Było tak pięknie i wzruszająco, czyli dokładnie tak jak powinno być na idealnym pogrzebie. Wydawało się, że nic tego nie zmąci tego nastroju, a wtedy na cmentarz przyszła ona!
Ubrała się jak jakaś lafirynda! W czarną spódnicę przed kolano i czarne kabaretki! Gdyby tego było mało, trzymała w rękach czerwoną różę z przyczepionym do niej kartonikiem! Nigdy nie widziałam tej Maryśki, ale od momentu, gdy przekroczyła próg cmentarza, od razu wiedziałam, że to ona. Kobieta wyczuje takie rzeczy.
Do końca ceremonii trzymała się z dala, ale gdy już wszyscy odeszli, ona miała czelność zostawić tę przeklętą różę na grobie mojego męża! Później przeczytałam, co tam napisała!
Na zawsze twoja, Marysia.
Jak ona śmiała?! Co za jędza? Za kogo ona się uważała? Przecież to ja byłam żoną Bronka i to ja mu prałam skarpetki! Z nią tylko spotykał się raz w tygodniu i się zabawiał! Była tylko pustym naczyniem do wypełnienia! Nic dla niego nie znaczyła!
Dobrze, że była wtedy ze mną moja rodzina, bo tylko dzięki temu nie rzuciłam się na to jędzę i nie zrobiłam sceny! Jak ona mogła zepsuć tak pogrzeb mojego męża? Jak jeszcze ją kiedyś zobaczę, wydrapię oczy!
Jedyna prawowita żona Bronka