"W styczniu skończyłam 50 lat i postanowiłam, że w końcu spełnię swoje marzenie i otworzę kwiaciarnię. Do tej pory pracowałam jako księgowa, jednak ta praca od dawna mnie już nie cieszy. Kiedyś zaczynałam każdy dzień pełna entuzjazmu, a teraz nawet sukcesy nie są dla mnie powodem do radości. Ale przez ostatnie lata udało mi się sporo odłożyć i zdecydowałam, że pora o siebie zadbać. Chcę znów robić coś, co mnie uszczęśliwi. Nie przewidziałam tylko, że moje dorosłe dzieci tak zareagują!"
*publikujemy list naszej czytelniczki
Po latach pracy w księgowości czuję się wypalona
Księgową jestem już od trzydziestu lat! Od kilkunastu prowadzę firmę, która świetnie sobie radzi: zatrudniam trzy osoby, ciągle inwestuję, szkolę się. Dobre biuro rachunkowe zawsze będzie miało co robić, a my mamy już swoją renomę.
Spokojnie mogłabym pracować tak do emerytury, ale od kilku lat mam już po prostu dość. Jestem zmęczona księgowością, potrzebuję bardziej twórczych wyzwań, bardziej "realnej" pracy, a nie tylko analizy danych i przepisów podatkowych.
Próbowałam wyżywać się artystycznie po godzinach, udało mi się nawet skończyć kilka kursów florystycznych, bo moją wielką pasją są kwiaty. Ale łączenie prowadzenia firmy z angażującym hobby to za dużo. Doba okazała się być za krótka!
Kiedy zbliżały się moje 50. urodziny, w mojej głowie zaczął coraz śmielej kiełkować pomysł o rewolucji... Pomyślałam, że jeszcze z dwadzieścia lat aktywności zawodowej przede mną, a ja naprawdę nie mam już ochoty być księgową. Dzieci są dorosłe, udało mi się zgromadzić spore oszczędności, więc kiedy, jak nie teraz?
W dniu urodzin byłam już pewna, co chcę zrobić. Postanowiłam otworzyć kwiaciarnię! Akurat zwolnił się świetny lokal parę minut od mojego domu, więc uznałam, że bardziej wyraźnego znaku los nie mógł mi dać. Zaczęłam szukać dostawców, myśleć nad marketingiem... Odżyłam!

Dzieci zareagowały inaczej, niż się spodziewałam
Mąż od początku mi kibicował. Wie, jak ważną częścią mojego życia jest praca i widział, że księgowość odbierała mi radość. Nie mogłam się doczekać, kiedy podzielę się tą nowiną z dziećmi. Byłam pewna, że będą cieszyć się razem ze mną.
Zaprosiłam na niedzielny obiad córkę z mężem i syna z chłopakiem. Kiedy powiedziałam im, że otwieram kwiaciarnię, byli zaskoczeni. Po chwili Ania zapytała:
Ale jak to? Przecież masz taką dobrą pracę. Chcesz wszystko zainwestować w niepewny biznes? Wiesz, ile jest kwiaciarni w naszym mieście?
Muszę przyznać, że nie takiej reakcji się spodziewałam. Spojrzałam na Bartka, mojego syna, i jego chłopaka Michała, licząc na ich wsparcie. Niestety obaj mieli niewyraźnie miny. Bartek nieśmiało zaczął:
Bo wiesz, mamo, otwieramy z Michałem warsztat samochodowy i myśleliśmy, że pożyczysz nam trochę na rozruch. Ale w takiej sytuacji...
Obiad dokończyliśmy w milczeniu. Przed samym wyjściem Ania jeszcze raz zadała mi serię pytań, jakby nie dowierzała w to, co przed chwilą usłyszała. Wychodząc, rzuciła coś w stylu: "To niepoważne. W twoim wieku!".
Cóż, nie będę ukrywać, że jest mi przykro. Jest i to bardzo. Ale mimo wszystko nie zmienię swoich planów. Większość swojego dorosłego życia podporządkowałam dzieciom i ich potrzebom. Chyba już wystarczy.
Dorota