"Odkąd pamiętam, nie radzę sobie z matmą. Po prostu nie jestem matematycznym umysłem i zupełnie nie lubię liczb. Zawsze miałam poważny problem z tym przedmiotem, a nauczyciele wcale mi nie ułatwiali, a teraz..."
*Publikujemy list naszej czytelniczki
Nie jestem matematycznym umysłem
Od podstawówki z matmy zdaję na trójkach, które udaje mu się dostawać z wielkim trudem. Na korkach cisnę od czwartej klasy, ale i tak choćby nie wiem, jak nauczyciele i korepetytorzy się starali, za każdym razem nie są w stanie wytłumaczyć mi tych wszystkich zawiłości.
Liceum to jednak nie podstawówka. W pierwszej klasie jeszcze jakoś przeszłam, bo miałam fajną nauczycielkę, która jako tako coś wytłumaczyła i no była też miła. Widziała, że zupełnie nie ogarniam, więc kazała zrobić jakieś dodatkowe prace i naciągnęła na 3. Ja jestem typem artystki, lubię malować, pisać wiersze i projektować ubrania. Zajmowanie się liczbami i liczeniem jest dla mnie niesamowicie nudne i chociaż ma w sobie jakąś logikę, to jednak i tak bardzo mnie odpycha.
Na drugim i trzecim roku była katorga i wielokrotnie musiałam poprawiać oceny z marnym skutkiem. W końcu myślałem, że to już mój koniec, ale na szczęście nauczyciel się zlitował. Myślałam więc, że na 4. roku będzie lepiej, ale okazało się, że jest znacznie gorzej. Nowy nauczyciel miał ponad 40 lat, był dziwny i nawet Ci, którzy mieli zawsze dobre oceny, teraz nie mogli dać sobie rady, więc no ja to już totalna masakra.
W pewnym momencie, gdy nie było już dla mnie ratunku, pan nauczyciel zaproponował mi, żebym została po lekcjach, a on mi wszystko wytłumaczy.

Nauczyciel matematyki złożył mi dziwną propozycję
Gdy siedziałam z nim razem w klasie, był dla mnie niesamowicie miły i troskliwy. Krok po kroku przez niemal 2 godziny tłumaczył mi wszystkie zagadnienia. Potem gdy już była 19:00, więc powiedziałam, że muszę wracać do domu. Wtedy on dziwnie się na mnie spojrzał i zapytał, czy w domu czeka na mnie chłopak. Odpowiedziałam, że jestem singielką i czekają na mnie rodzice.
Odnosząc się do mojej matematycznej niemocy, stwierdził, że rozumie moje rozterki i problemy i zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby mi pomóc, tylko ja też muszę się bardzo postarać. Dodał także, że po nauce czas także na relaks, więc jeśli mam wolny czas 14 lutego, to mogliśmy gdzieś wyskoczyć. Na koniec uśmiechnął się i zaproponował, żebyśmy przeszli na TY i żebym śmiało mówiła do niego "Krzysiu". Byłam w szoku, ale się zgodziłam. Wstyd przyznać, ale na spotkanie też się zgodziłam. Bałam się, że jeśli mu odmówię, to się obrazi i mnie oleje.
Najbardziej dosadne słowa wypowiedział jednak, gdy wychodziłam już z sali. Znów spojrzał na mnie jakoś tak inaczej i stwierdził, że jeśli będę dla niego bardzo miła, to z pewnością jakoś się dogadamy — a ja i zdam przedmiot, i zaliczę maturę.
To takie creepy. Zupełnie nie wiem, co mam robić. Boję się, że na tym spotkaniu będzie chciał ode mnie coś więcej.
Klaudia