"Z powodu raka usunięto mi obie piersi. Mój ukochany nie udźwignął życia u boku chorej i oszpeconej kobiety. Zostawił mnie w chwili, gdy najbardziej go potrzebowałam. Mam 30 lat, dwie blizny zamiast piersi i zranione serce. Chciałabym mieć nadzieję, że kiedyś, ktoś..."
*Publikujemy list naszej czytelniczki.
Zachorowałam na raka piersi
Zacznę od tego, że nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogę szukać pocieszenia na internetowym portalu. Wierzcie mi, tak jest łatwiej. Wszyscy moi bliscy są mało obiektywni. Każdy z nich zapewnia mnie, że jeszcze całe życie przede mną. Jednogłośnie twierdzą, że mój jedyny gdzieś tam czeka. To wszystko bzdury! Co może wiedzieć o tym ktoś, kto nigdy nie był na moim miejscu.
Na co liczę? Na to, że mój list przeczyta inna amazonka, która też kiedyś straciła nadzieję. Na to, że są na świecie kobiety, które wygrzebały się z tej beznadziei. Kobiety, które z dumą wypięły oszpeconą pierś i poszły naprzód mimo wszystko.
Rok temu byłam zakochana i razem z Markiem podjęliśmy decyzję życia. Zaczęliśmy starania o dziecko. To właśnie wtedy okazało się, że jestem chora. Lekarz skierował mnie na usg piersi, na którym wykryto guz. Szybka diagnoza potwierdziła, że to nowotwór. Mój świat runął. Ruszyła machina onkologicznego leczenia. Kolejne badania, szpital. Okazało się, że zajęte są obie piersi i węzły chłonne.
CANVA
Czy coś jeszcze na mnie czeka</h2.
Niecały miesiąc po diagnozie obudziłam się na sali pooperacyjnej bez obu piersi. Niestety rekonstrukcja w moim przypadku możliwa jest dopiero za jakiś czas. Chemia mnie dobiła. Wyglądałam i czułam się jak wrak człowieka. Marek był przy mnie, ale czułam, że nie patrzy na mnie tak jak kiedyś.
Po moim wyjściu ze szpitala jeszcze bardziej się oddaliliśmy. W końcu nastąpiło nieuniknione. Wiem, że było mu trudno i czuł się okropnie. Zostawić kobietę, z którą pół roku wcześniej planowało się dziecko... I to jeszcze osłabioną chemią i oszpeconą, słabe. Ja jednak cieszę się, że nie został ze mną z litości. Skoro tak czuł, to może i lepiej.
Przez ostatni rok straciłam wszystko, co było w moim życiu pewne: zdrowie, piękno, kobiecość i miłość. Nic mi po radach bliskich, że jestem wyjątkowa i jeszcze będę szczęśliwa. Jak w to wierzyć? Jak wyobrazić sobie kogoś, kto spojrzy z miłością na moje blizny? Sama nie umiem w sobie dostrzec grama kobiecości.
Wiem, mam najważniejsze, żyję! Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem za to wdzięczna. Tyle że utknęłam w chmurze beznadziei i trudno mi uwierzyć w ten banał, który każdy mi powtarza, że po burzy wychodzi słońce... Jak dostrzec jego promienie ?
Smutna 30-latka