"Co to za chory kraj! Płacimy takie składki, a kiedy człowiek źle się czuje, to i tak nie może skorzystać z pomocy lekarza. Już pal licho, jeśli chodziłoby o mnie, ale kiedy moje dziecko ma ataki duszności, a ja ponad 300 razy próbuję się dodzwonić do przychodni po to, żeby w końcu usłyszeć, że zabrakło numerków, to rozkładam ręce. I to nie pierwsza taka sytuacja. Skończy się zapewne kolejną wizytą u prywatnego lekarza albo na pogotowiu. Przecież tak nie powinno być"
"Dzwoniłam do przychodni 300 razy"
Napisała do nas oburzona czytelniczka z jednego z większych miast, która usiłowała w dniu dzisiejszym zapisać chorego syna na wizytę u lekarza. Niestety jej się to nie udało:
Mam tego dość! To już nie pierwszy raz, kiedy nie mogę skorzystać z synem z opieki zdrowotnej, bo zabrakło numerków.
Kiedyś dzwoniłam do przychodni ponad 500 razy. Tym razem udało się po trzysta którymś, ale dodzwoniłam się tam tylko po to, żeby usłyszeć, że i tak nikt nas nie przyjmie, bo właśnie skończyły się numerki.
ReklamaPrzecież to jest jakaś paranoja! Mam dziecko, które często choruje na zapalenie oskrzeli czy płuc. Ja już sama widzę, kiedy potrzebuje wdrożenia specjalistycznych leków, a nigdy nie mam w domu zapasu, bo każda kolejna infekcja sprawia, że się go wyzbywamy.
Nie mogę leczyć Franka sama. A nie mogę też liczyć na pomoc.
Reklama
canva.com
"Jak może zabraknąć numerków?"
Nasza czytelniczka pewnego razu po takiej sytuacji pojechała z dzieckiem na SOR, gdzie od ratownika usłyszała, że powinna była pójść do przychodni osobiście:
Kiedy opowiedziałam ratownikowi, jak zostałam potraktowana dzwoniąc do przychodni on uznał, że nikt nie ma prawa powiedzieć pacjentowi, że zabrakło dla niego numerka.
Uznał też, że powinnam była wziąć dziecko pod pachę i pójść z nim do tej przychodni, a kiedy odmówiliby mi pomocy zarządzać, żeby "dali mi to na piśmie".
ReklamaJa tak zrobiłam następnym razem. Pani z okienka podpisała ochoczo karteczkę, poprzez którą tej pomocy odmówiła i wcale nie bała się konsekwencji. Czyli sposób ratownika jednak nie działa.
"Pani doktor po godzinach przyjmuje"
Mama chłopca jest oburzona z jeszcze jednego powodu:
Jak to jest możliwe, że pani doktor po wyjściu z przychodni zaprasza do swojego prywatnego gabinetu? Tam numerki nigdy się nie kończą? I nawet jeśli ktoś przyjdzie "po godzinach" to za odpowiednią opłatą zostanie przyjęty.
Tak się właśnie najlepiej robi w Polsce biznesy. Na ludzkim zdrowiu i krzywdzie.
A co ma zrobić rodzic, którego na taką wizytę nie stać? Mi też się nie przelewa. Wychowuję Franka sama i wolałabym kupić mu coś za pieniądze, które przeznaczę na wizytę. Ale przecież nikt o tym nie myśli.
W takim razie nie rozumiem, po co opłacam te wszystkie składki. Gdyby ich nie było, mogłabym pozwolić sobie na prywatną opiekę lekarską bez wyrzeczeń. I przede wszystkim bez stresu.
Jestem ciekawa, czy ktoś jeszcze ma takie doświadczenia jak ja, czy to tylko mnie szczęście w tej kwestii totalnie nie dopisuje.
Nie wiem jak rozwiązać ten problem. Przychodnia jest otwarta od godziny ósmej i tak też rusza zawsze rejestracja. Ja dzwonię już minutę przed i oczywiście jest zajęte. I tak po kilkaset razy.
Dziś zapłacę znów za tę wizytę, ale kwotę jej kosztu mogłabym przeznaczyć na leki, które też do tanich nie należą.
A ja to wygląda w Waszych przychodniach?