"Od czasu covida pracuję zdalnie. Początkowo bardzo się cieszyłam, ale teraz wiem, ile na tym tracę. Szef uciął nam pensję na początku zdalnego i nie chce ich podnieść, bo mówi, że oszczędzamy kupę kasy, nie jeżdżąc do firmy. No nie wydaje mi się! Uważam, że powinien rozliczać się ze mną, chociaż za prąd!
Na początku cieszyłam się z pracy zdalnej
Już ponad dwa lata pracuję z domu. Na początku nawet się cieszyłam. Jak zaczął się covid, mega się bałam. Jedna dziewczyna od nas zmarła i wtedy padł na wszystkich blady strach. Szef dostosował serwery tak, że większość osób może pracować na odległość.
Po śmierci koleżanki z pracy wszyscy zafiksowaliśmy się na naszym bezpieczeństwie. Wydaje mi się, że szef to trochę wykorzystał. Obciął nam premie, mówiąc, że nie tracimy kasy na dojazdy i kawkę na wynos w drodze do pracy. Ja to się ucieszyłam wtedy, że w ogóle mam robotę. Tylu znajomych siedziało w domu, bo ich firmy całkiem stanęły.
Siedziałam w domu w wyciągniętym dresie. Czułam się bezpiecznie i tak mijał dzień za dniem. W pewnym momencie już nie wyobrażałam sobie wrócić do firmy. Z czasem jednak zaczynałam fiksować!

Miałam dość siedzenia w domu
Po pół roku zaczęłam zazdrościć mojemu facetowi, że wychodzi z domu i ma kontakt z ludźmi w biurze. Może i tracił czas i paliwo na dojazdy, ale normalnie żył. Ja czułam się powoli jak odludek.
To właśnie mój Darek zasugerował mi, że szef robi nas w konia. Ograniczył sobie koszty pracownicze, a mimo że firma podniosła się po kryzysie nie oddał nam premii. U mojego chłopaka regularnie dorzucali im do pensji jakieś dodatki za rzetelność wobec firmy. U nas odwalaliśmy więcej roboty niż wcześniej, a kasa mniejsza niż przed pandemią. Już nie wspomnę o rosnących kosztach życia.
Praca w domu sporo mnie kosztuje
Przeanalizowałam sobie, ile tracę pracując w domu. Moje obowiązki wymagają używania na raz dwóch monitorów i laptopa. Do tego musiałam ogarnąć droższy Internet, bo tamten nie dawał rady. Światło, ogrzanie domu, a nawet głupia kawa czy herbata to w skali miesiąca nie jest mało. Możecie się śmiać, ale ja po pracy zawsze brałam prysznic, to też była dla mnie oszczędność.
Zdecydowałam się na rozmowę z szefem. Powiedziałam mu to wszystko, a on mnie wyśmiał. Cały czas twierdzi, że mi się to mega opłaca, bo nie płace za dojazdy. Dla mnie to żadne wytłumaczenie, bo prawie cały rok jeździłam na rowerze. Mam blisko do firmy.
Chyba pogadam z ekipą z firmy, bo czuję, że szef coraz bardziej robi nas w konia. Mam wrażenie, że zobaczył, jak można przyoszczędzić na pracownikach i na tym żeruje. Tylko że nie znajdzie nikogo, kto nas zastąpi. Znamy tę robotę jak własną kieszeń. Albo nas doceni, albo będzie miał problem!"