"Wolnoć Tomku w swoim domku" - brzmi popularne przysłowie i wiele w nim prawdy, ale Marta jeszcze tego nie miała okazji doświadczyć. Wprowadziła się z córką do nowego bloku na strzeżonym osiedlu. Myślała, że złapała Pana Boga za nogi. Niestety okazało się, że życie w takim miejscu, choć może wydawać się bajką, daleko mu do niej.
Wymarzone mieszkanie?
40-latka niedawno razem z 10-letnią córką wprowadziła się do nowego mieszkania, na które przez ostatnie lata odkładała każdy grosz. Chciała mieć swój azyl. Swoje miejsce na Ziemi, w którym będzie czuła się bezpiecznie i komfortowo. Wszystko skończyło się w momencie, gdy obok niej zamieszkało młode małżeństwo.
Cieszyłam się, że udało mi się kupić dwupokojowe mieszkanie na parterze. Dzięki temu mogłam mieć duży ogród, w którym miałam zamiar spędzać długie wieczory. Zanim jednak się wprowadziłyśmy, zadbałam o trawę i kwiaty. Kocham rośliny, dlatego dla mnie było oczywiste, że w ogrodzie także będzie ich dużo. Jakie było moje zaskoczenie, gdy w czasie sadzenia kwiatów, usłyszałam głos sąsiada zza siatki.
Dziwni sąsiedzi
Marta usłyszała wówczas: "Kolejna Maja w ogrodzie. Myśli, że taką klitkę jakoś wygospodaruje. Mogła sobie dom kupić, a nie tutaj zasmradza". 40-latka była w szoku.
Ja oczywiście słyszałam wszystko, co on niby mówił tylko do siebie, ale myślałam, że sobie pogada i na tym się skończy. On jednak na tym nie przestał. Ten wredny człowiek (mówiąc najdelikatniej) doniósł na mnie do wspólnoty. Powiedział, że zakłócam spokojne życie w bloku, bo moje kwiaty śmierdzą. Rozumiecie to?!